SEUL #1 – KRÓL, ALFABET I OŚMIORNICA


Translate Polish to English

Na półmetku naszego pobytu w Japonii decydujemy się zmienić nieco klimat i wyskoczyć na weekend do Seulu. Kroki przedsięwzięcia są następujące:

  1. Kupić bilet do Korei – przy pomocy Skyscannera wyszukuje się tanie bilety lotnicze, rezerwuje się je na Asiana Airlines i potem tylko przez dwa dni użera się z ich zakupem. Strona internetowa Asiana Airlines nie przyjmuje płatności kartą kredytową. Dlaczego? Pojęcia nie mam. Całe ‘szczęście’ bilety można zarezerwować na okres dwóch dni i w ciągu tego czasu odebrać je w miejscowym 7Eleven albo innym sklepiku. Tylko, że odbiór odbywa się przy pomocy maszyny, operującej jedynie językiem autochtonów, co odrobinkę utrudnia rozeznanie, w co i w jakiej kolejności kliknąć. Po siedemdziesięciu siedmiu potach udaje się potwierdzenie wyrwać maszynie z gardła. Udajemy się ze świstkiem i kartą kredytową do kasy zapłacić, gdzie przeuprzejmy pan oświadcza, że płatność tylko gotówką. OK, nie ma co panikować. Na zapłatę mamy 15 minut. Najbliższy bankomat 30 minut od nas. Andrzej wsiada na Czarną Mambę (czytaj: rower) i pedałuje co sił w łydkach do bankomatu. Transakcję udaje się zamknąć w ostatniej chwili i cali szczęśliwi możemy przystąpić do punktu drugiego
  2. Zarezerwować hotel w Seulu – dla odmiany, nie napotykamy się na żaden problem i w ciągu kilku minut mamy potwierdzenie z Insadong Crown Hotel, umiejscowionego idealnie między zabytkami kulturalno-historycznymi i stacjami metra. Poszło trochę zbyt gładko, więc na wszelki wypadek traktujemy rezerwację ze zdrową dawką podejrzenia i przygotowujemy się mentalnie na możliwość spędzenia nocy w jakimś wygodnym kartonie pod mostem.

Tydzień później, w czwartek po pracy jedziemy na lotnisko Haneda, skąd szybko (niecałe dwie godzinki) i wygodnie (kolacyjka, piwko, film) jesteśmy przetransportowani na Seulskie lotnisko Gimpo. Według wcześniejszego, wirtualnego rozeznania w terenie mamy bezpośrednie połączenie metrem z naszą hotelową dzielnicą. Chwilę po 23. stoimy na peronie, czekając na w/w transport. O 23:30 pakujemy się do metra, rozsiadając wygodnie, bo tak trzeba na 45 minutową podróż. Pół godziny później – dokładnie o północy – niczym kopciuchy jesteśmy z metra wykopani, ponieważ o godzinie 0:00 kończy się serwis pociągowy. OK. Pan kontroler, zdecydowanie doradza nam taksówkę, bo inaczej się nie da. Podążając za dobrą radą, stoimy gdzieś w środku Seulu z walizami i staramy się złapać transport do tymczasowego domu. Wizja kartonu i mostu powraca. Całe szczęście kilka minut później siedzimy w ciepłym samochodzie, wiozącym nas do miejsca docelowego. Jeszcze tylko przejazd autostradą i jesteśmy na miejscu… ZARAZ! Jaką autostradą? Żadnej autostrady nie było w planie! Trzymający rękę na pulsie i Google Maps Andrzej, stara się dojść do porozumienia z kierowcą, którego zamiarem było zawiezienie nas do Crown Hotel, tylko w innej części miasta. Koniec, końców do hotelu docieramy i padamy jak muchy.

Następny dzień zaczynamy wcześnie – jak na wakacyjne warunki – w południe. Pierwszy przystanek – śniadanio-obiad. Pięć minut spacerem od naszego hotelu znajduje się sympatyczna, tętniąca życiem uliczka Insadong, pełna tradycyjnych herbaciarni, restauracji i pamiątkarni. Zawsze skuteczną metodą ‘na rympał’ wybieramy jedną z restauracji i zamawiamy: Andrzej – bulgogi (marynowana, grillowana wołowina z ryżem i milionem różnych przystawek jak: pikle różnego rodzaju, kimchi – coś na kształt kiszonej kapusty na ostro, suszone i marynowane wodorosty), Ola – bibimbap (ryż z warzywami i na wpół ugotowanym jajkiem podawany w gorącej, kamiennej misie). Nie rozwodząc się zanadto powiem: niebo w gębie!

Na trawienie – kilkunastominutowy spacer do Pałacu Gyeongbokgung, którego nazwa wdzięcznie tłumaczy się na ‘pałac błogosławiony przez niebo’. Po drodze trafia nam się jednak mała dystrakcja. Na Placu Gwanghwamun natykamy się na pomnik, panującego na początku XVw. Króla Sejong. Ponad 6 metrowa, wykonana z brązu podobizna wzniesiona została w 563. rocznicę wynalezienia przez króla alfabetu koreańskiego. Władcę gnębił fakt, że jego poddani z najniższych sfer, którzy nie mają dostępu do kosztownej edukacji, nie są w stanie nauczyć się chińskich symboli używanych w wyższych warstwach społecznych i tym samym nie są w stanie wyrazić swoich myśli, uczuć, nie są w stanie czytać i rozwijać się intelektualnie. Jego odpowiedzią na problem było wprowadzenie uproszczonego, składającego się z 28 symboli alfabetu. Pod pomnikiem znajduje się całe centrum kulturalne, poświęcone życiu i osiągnięciom Sejong. Tutaj dowiadujemy się jeszcze, że król nie tylko wprowadził ‘patriotyczny’ alfabet, ale jeszcze jako wielki orędownik tradycyjnej muzyki koreańskiej wymyślił specjalny zapis nutowy, idealnie dopasowany do specyfiki samej muzyki i instrumentów.

 

Po wizycie u króla idziemy zerknąć na jego ‘chatę’, na której progu wita nas zmiana warty. Przed główną bramą żołnierze w kolorowych strojach i z proporcami ustawiają się w kolumnę, która udaje się na główny dziedziniec zamkowy. Tu przy dźwiękach gigantycznego bębna następuje wymiana siły wojskowej. Na tle górskiego łańcucha pałac prezentuje się rzeczywiście majestatycznie. Wzniesiony w 1395r. rozciąga się na gigantycznej przestrzeni 40 hektarów. Po burzliwej historii pałacu – 1592: spalenie w trakcie japońskiej inwazji; prawe 3 wieki w zapomnieniu do odbudowy w 1867; 1911: zburzenie większości budynków w czasie okupacji japońskiej – po 40-letniej akcji renowacyjnej udaje się zrekonstruować lub odnowić 40% budowli kompleksu. Jego wnętrze to czysta przestrzeń. Budynki są przestronne i bardzo minimalistycznie wyposażone. Nie ma masywnych ornamentów, ozdób. Każdy szczegół budowli jest za to pięknie malowany: poczynając od ścian na belkach dachu kończąc. Główne budynki pałacu otacza równie przestronny ogród-park z malowniczymi pawilonami na wodzie i budynkami administracyjnymi: biblioteka, biura urzędników. W parku ładujemy akumulatory przy kaweczce i ruszamy dalej do Bukchon Hanok Village.

Po drodze oczywiście trafia się dystrakcja w postaci Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej. Kilka fotek później wracamy na właściwą ścieżkę. Bukchon Hanok to 600-letnia dzielnica przepełniona tradycyjnymi koreańskimi domkami (hanok), które zamieszkiwane były przez wyższych rangą urzędników państwowych. Z czystą przyjemnością gubimy się w labiryncie wąziutkich, przytulnych uliczek i cieszymy oczy widokiem prześlicznych domeczków z pięknie rzeźbionymi bramami wejściowymi. Nowopowstałe budynki podążają za architekturą tradycyjną i wtapiają się w otoczenie nadając okolicy wrażenie swoistego miszmaszu epokowego. Na jednej z uliczek trafiamy na bardzo osobliwy taras widokowy. Otóż, taras mieści się na najwyższym (trzecim) piętrze w jednym z domków i kiedyś ewidentnie służył jako zwykłe mieszkanie. Obrotni właściciele ściany zastąpili oknami, salon zamienili w mini-kafejkę i za symboliczną opłatą serwują gościom kawkę, herbatkę, sok.

Andrzej nie daje w spokoju soku dokończyć, bo chce zdążyć na N Seoul Tower – Wieżę Seulu – przed ‘niebieską godziną’, najlepszą na zdjęcia. Łapiemy śpiesznie taksówkę i pół godziny później jesteśmy na miejscu. Prawie. Jeszcze tylko niespodziewany, morderczy bieg po niezliczonej ilości schodów na szczyt wzgórza Namsan i możemy się przestać spieszyć, bo ‘niebieska godzina’ minęła. Dostęp do okien blokuje imponujący tłum turystów, ale jak się już udaje dostać do szklanej tafli – widok daje radę. 236 metrowa wieża łączy funkcję turystyczną i komunikacyjną i można się do niej dostać kolejką linową, co znacznie ułatwiłoby nam życie, gdybyśmy tylko o istnieniu owej wiedzieli. W drodze powrotnej unosimy się honorem i ostentacyjnie ignorujemy śmiejące się nam w twarz wagoniki.

Kolejny punkt wycieczki – kolacja. Jadła postanawiamy szukać na zakupowej ulicy Myeong-dong, której nazwę bardzo trafnie tłumaczy się na: ‘świetliste miasto’. Mimo, że już dawno po zachodzie słońca, ulica tętni kolorami, jaśnieje neonami wystaw sklepowych i wibruje życiem niczym w środku dnia. Od głównej ulicy rozchodzą się mniejsze – równie szalone – uliczki, na których przeciśnięcie się przez tłum graniczy z cudem. Po drodze jeszcze okazuje się, że przed jednym ze sklepów gawiedź postanowiła zrobić sobie jakieś walne zebranie (podobno w sklepie miała być ultra-mega-promocja), co owocuje ludzkim korkiem nie do obejścia. Trzeźwo, po partyzancku myśląc, postanawiamy zamieszanie przeczekać w pobliskim H&M. Wychodzimy dwie godziny później z tonami fatałaszków zakupionych po cenie graniczącej z żartem. Po ciężkich przejściach udajemy się wreszcie na zasłużoną kolację. Wbijamy się w jedną z bocznych uliczek i siadamy w pierwszym lepszym lokalu, posiadającym stoliki na zewnątrz, co by sobie trochę na ludzi popatrzeć. Trafiamy akurat na koreański grill. Andrzej zamawia zestaw owoców morza – przeróżne rodzaje małż, ostryg, przegrzebków faszerowanych czym tylko się da. Ola, bez ekstrawagancji pałaszuje grillowane krewetki. Przygotowanie dania odbywa się na naszych oczach i na naszym stoliku, który po środku ma specjalną… dziurę na węgiel. Specjalna dziura na węgiel przykryta jest kratką, kratka przykryta jest świeżutkimi owocami morza. Ślinotok. Do kolacji oczywiście napój bogów – piwo. Andrzej postanawia spróbować lokalnego specjalnego piwa – makgeolli – który wygląda jak mleko i smakuje jak jeszcze ciągle fermentujące wino. Podsumowując: bardzo ciekawe zjawisko i pomimo początkowych obiekcji, znajomość z nowym specyfikiem kończy się sukcesem. Siedzimy sobie, piwkujemy, podjadamy, oglądamy co ludzie mają na talerzach i … mamy za swoje. Sąsiedzi ze stolika obok zauważają naszą ciekawość i dzielą się swoim daniem. Akurat pada na lokalny przysmak – żywą ośmiorniczkę. Sąsiedzi, widząc, że ja nieco zzieleniałam cały poczęstunek oferują Andrzejowi. Po chwili na jego talerzu wiją się pokrojone kawałki macek. Dość żywotne jedzenie nie chce się odessać od talerza, ale po krótkiej walce Andrzej żuje nieszczęśnika. Ja w międzyczasie staram się sobie przypomnieć, czy nasze ubezpieczenie pokrywa uduszenie przez konsumowaną ośmiornicę.

Parę piw później jesteśmy w drodze do kolejnego punktu wycieczki – marketu Dongdaemum. Z rozeznania kartograficznego wiemy, że market jest oddalony o jakieś 15 – 20 min. spacerkiem. Po 15 – 20 min. pytamy się kogokolwiek popadnie czy aby dobrze idziemy. Po zapewnieniach, że tak tak! idziemy dalej przez następne 15 – 20 min. Potem już się nikogo o nic nie pytamy, tylko łapiemy taksówkę do hotelu. Z mapą w garści pokazujemy kierowcom gdzie się chcemy dostać, ale najwyraźniej mapa jakaś mało obrazkowa jest, bo dopiero czwarty kojarzy mniej więcej gdzie ma nas wyrzucić. Lądujemy w hotelu dobrze po północy i przygotowujemy się do wczesnego wstania – tym razem naprawdę wczesnego – i wycieczki do Koreańskiej Strefy Zdemilitaryzowanej.

To by było na tyle

Pozdrawiamy i do następnego przeczytania

Ola i Andrzej🙂


  READ IN ENGLISH


SEOUL #1 – THE KING, ALPHABET AND AN OCTOPUS

Halfway through of our stay in Japan we decide to change slightly surroundings and spend a weekend in Seoul. So the steps of the project are as follows:

  1. Buy a ticket to Korea – search for cheap airline tickets with the help of Skyscanner, reserve them on Asiana Airlines and then try to actually purchase these. Asiana Airlines website does not accept credit card payments. Why? No idea. Luckily tickets can be booked for a period of two days and during that time, can be picked up at the local 7Eleven or other convenience store. The only issue is that collection is to be done from the machine, operating in language of the local people and it’s a bit difficult to know what and where to click. After about 100 tries we manage somehow to get the receipt. We go with a slip and a credit card to the cashier to pay, where an utterly polite and lovely man declares that payment can be done with cash only. OK, no panic. We have about 15 minutes to make the payment before receipt expires. The nearest ATM is 30 minutes away. Andrzej jumps on the Black Mamba (read: the bicycle) and cycles ferociously to the nearest ATM. The transaction is closed at the last minute and now we can happily proceed to the next point of our plan.
  2. Book a hotel in Seoul – for a change we don’t have any issues with this part and within minutes we hold booking confirmation from Insadong Crown Hotel which is perfectly positioned between cultural, historical places and subway stations. It goes a little bit too smooth so just in case we take our booking with a healthy dose of suspicion and prepare mentally for the opportunity to spend the night in a comfortable cardboard box under a bridge.

A week later from Haneda Airport we are quickly (less than two hours) and comfortably (supper, beer, movie) transported to Seoul Gimpo airport. According to an earlier virtual reconnaissance in the area there is a direct subway connection to our hotel. At around 11:30pm we are boarding a train, leaning back comfortably, which is what you do so for a 45 minute journey. Half an hour later, exactly at midnight – feeling almost like Cinderella – we are kicked out of the train, because apparently at midnight the whole train service stops. Just like that. Conductor strongly advises us to get a cab coz there is really no other way to get anywhere. Following the good advice we are standing with luggage somewhere in the middle of Seoul, trying to catch a taxi to our temporary home. Vision of a cardboard box and a bridge returns switfly. Fortunately a few minutes later we are sitting in a warm cab which is carrying us to our destination. Just need to pass a highway and here we are … WAIT! What highway? The highway was not in the plan! Keeping a finger on the pulse and Google Maps – Andrzej is trying to come to an agreement with the driver, whose intention was to take us to the Crown Hotel, just in a different part of town. Finally somehow we reach the hotel and drop like flies.

The next day we start early – like on holiday conditions – at noon. First stop – brunch. Few minutes away from our hotel there is a lovely, lively, full of traditional tea houses, restaurants and gift shops – Insadong Street. With an always effective method ‚anyhow’ we choose one of the restaurants and order as follows: Andrzej – bulgogi (marinated, grilled beef with rice and a million side dishes like different kinds of pickles, kimchi – a kind of spicy sauerkraut, dried and pickled seaweed), Ola – bibimbap (rice with vegetables and a half-boiled egg served in a hot stone bowl). In short: culinary heaven.

For a good digestion a stroll to Gyeongbokgung Palace which name translates elegantly to ‚palace blessed by heaven’. Along the way, however, we get a small distraction. At the Gwanghwamun Square we are making a short stop at the monument of ruling at the beginning of XV century King Sejong the Great. Over 6 meters high, made of bronze statue was erected to commemorate 563 anniversary of the invention of the Korean alphabet by the said king. Sejong hated the fact that his subjects from the lowest class, who do not have access to expensive education, were not able to learn Chinese symbols used by the higher social strata and thus were not able to express their thoughts, feelings, to read and develop themselves intellectually. His answer to the problem was to introduce a simplified, consisting of 28 symbols alphabet. Below the monument there is an entire cultural center dedicated to the life and achievements of Sejong. Here we find that the king not only introduced the ‚patriotic’ alphabet, but also as a great advocate of traditional Korean music he came up with a special notation, ideally suited to the specific nature of the music and instruments. After visiting the king we have a look at his ‘gaff’. Here we are greeted with change of the guards. At the main gate soldiers in colorful costumes and with impressive pennants line up in a column that goes to the main courtyard of the castle. Here accompanied with the sound of a giant drum the exchange of military force takes place.

 

The palace looks really majestic and impressive at the background of a massive mountain chain. Built in 1395r. it covers a gigantic space of 40 hectares. After the turbulent history of the palace – 1592: burnt during the Japanese invasion; 3 centuries in obscurity and abandonment up to 1867; 1911: the destruction of most buildings during the Japanese occupation – thanks to 40-year long restoration it was possible to reconstruct or restore 40% of the buildings in the complex. Its area is open space. The buildings are spacious and minimalistic equipped. There are no massive ornaments, decorations however every detail of the building is beautifully painted: from the walls to the roof beams. The main buildings of the palace are surrounded by equally spacious garden-park with picturesque pavilions on the water and other administrative buildings: libraries, clerk offices. After a short coffee break in the park we move on to Bukchon Hanok Village.

Along the way of course we come across a distraction in the form of the Polish Embassy. A few photos later, we’re back on the track. Bukchon Hanok is a 600-year-old district full of traditional Korean cottages (hanok), which were inhabited by senior government officials. With pleasure we get lost in the maze of the narrow, cozy streets and please our eyes with the lovely views of the beautifully carved entrance gates to the small cottages. The newly-built ones follow the traditional architecture and blend perfectly into the surroundings. On one of the streets we find a very peculiar observation deck. The terrace is on the top (third) floor in one of the cottages and evidently it used to serve as an ordinary apartment. Resourceful owners have replaced the wall with huge windows; a living room turned into a mini-café where they serve guests a cup of coffee, tea, juice for a nominal fee.

Andrzej does not allow me to finish my juice because he wants to make it to the N Tower in time for ‚blue hour’ – the best for photo shoot. Half an hour and mad taxi ride later we are on the spot. Almost. Just need to finish a quite unexpected and murderous run on the countless stairs to the top of Namsan hill and… we can stop to hurry because the ‚blue hour’ is gone. At the top the access to viewing windows is blocked by impressive crowd of tourists, but once we manage to get past them – the view is really nice. 236 meter high tower combines tourist and communication functions. Apparently one can reach it by cable car, which would make our lives much easier, if only we knew about its existence. On the way back we are doing our best to ignore the damned cable car.

The next and a very important part of a trip – dinner. We decide to look for a nice dining place at the shopping street Myeong-dong, which name aptly translates to: ‘luminous city ‚. Although it is long after sunset, street is sparkling with colourful neon lights, glistening shop windows and vibrating with life like in the middle of the day. The small and narrow side streets are as crazy and wild as the main one and squeezing through the covering crowd is almost impossible. We decide to wait off the craziness in a nearby H&M. Two hours and tones of shopping bags later we finally go for our well-deserved dinner. As we want to do some people-watching we stick to the BBQ place with tables outside. Andrzej orders seafood set – various types of clams, oysters, scallops stuffed with what you can only imagine. Ola, without extravagance feeds off grilled shrimps. Preparing meal takes place just before our eyes on our table, which is equipped with a… hole, a special one for coal. A special hole for coal is covered with a grille, a grille is covered with fresh, mouthwatering seafood. We decide to wash our dinner down with a local beer – makgeolli – which looks like milk and tastes like still fermenting wine. In summary, a very interesting phenomenon, and despite initial objections, we decide to like it. We sit, drink, and eat, and peek on other people plates, and … We shouldn’t be doing the later one. The neighbours noticing our curiosity want to share their meal with us. As it happens it is a local delicacy – a live baby octopus. Seeing me turning green they offer all of it to Andrzej. After a while on his plate there are cut into pieces, writhing tentacles. The food is quite lively and sticks-sucks on to the plate but after a short struggle pleased Andrzej is able to chew on it. In the meantime I’m trying to remember if our insurance covers strangulation by a consumed octopus.

A few beers later we are on our way to the next point of our trip – Dongdaemum Market. According to the map market is located about 15 – 20 minutes away. After 15 – 20 min of finding nothing we are asking if we are on a correct route. After all the assurances that yes! yes! we continue for the next 15 – 20 minutes. After that, we do not ask for anything and just grab a taxi to the hotel. With a map in hand, we are trying to show the cab drivers where to go, but apparently the map is not graphic enough. Only the fourth one more or less knows where should he throw us out. We end up at the hotel well after midnight, go straight to bed and prepare for a long day in the Korean Demilitarized Zone.

And that would be all for now

Cheers and till the next read!

Ola and Andrzej🙂

4 thoughts on “SEUL #1 – KRÓL, ALFABET I OŚMIORNICA

  1. Ja, stary azjatycki maruder, 30 razy w Japonii, Chiny, Yunnan, Tybet, Wietnam,Singapur, nie spodziewalem sie ze mi pocieknie az tak mocno slinka na naprawde „z dreszczem” opisana Koree.
    Super, czekam na odkrycie innych stron waszego blogu !
    Adam Wibrowski

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: