JAPOŃSKI MISZ-MASZ #1


Translate Polish to English

W niedzielne popołudnie ruszamy z solennym zamiarem znalezienia przytulnej kafejki z dostępem do Internetu i skonstruowania planu zwiedzania na najbliższe 5 miesięcy. Pierwsza dystrakcja przytrafia się już zaraz po opuszczeniu budynku. Japońska cykada – owad-potwór. Wielkie to niczym Godzilla i głośne niczym ich stado. Obserwujemy ją przez co najmniej 10 minut i nagrywamy film przyrodniczy na miarę National Geographic (niemal). Cykada w Japonii niesie ze sobą kilka znaczeń i konotacji:

  1. Symbol ponownych narodzin – jako, że początkiem każdego lata wychodzi z ziemi żeby koncertować
  2. Symbol ulotności – jej żywot jest bardzo krótki – wabi amanta, zapewnia przetrwanie gatunku i … już po niej


Dźwięk wydawany przez cykadę jest najbardziej rozpoznawalnym znakiem szczególnym japońskiego lata. Co ciekawe, jej koncertowy repertuar zmienia się w zależności od tego, czy lato się zaczyna, trwa w pełni, czy dobiega końca. Wprawne ucho może rozpoznać każdy etap wsłuchując się w wydawane przez owady dźwięki.

Kolejną kłodą na drodze naszego planu okazuje się być gigantyczne, 14-tonowe akwarium przed budynkiem Sony. Szybka wycieczka w celu rzucenia okiem na sprzęt fotograficzny przeradza się w godzinne podziwianie przeróżnych okazów ryb (i nie tylko), zamieszkujących rafy koralowe Japonii (okolice Okinawy i Wysp Kerama). Doczekujemy się nawet karmienia rybek, co jest dość rozczarowującym procesem, który na znak protestu bojkotujemy i idziemy wreszcie szukać tego, co potrzeba. Jak się okazuje, to wcale nie taka prosta sprawa, ponieważ żeby się dostać na odpowiednie piętro w salonie Sony trzeba (no, nie do końca ‘trzeba’, ale jak już jest to, co ma się zmarnować) przejść przez całą interaktywną wystawę poświęconą życiu oceanicznemu. Jakimś cudem docieramy wreszcie tam, gdzie chcemy, załatwiamy nic (aparaty Sony sprzedawane w Japonii posiadają tylko Japońskie menu) i idziemy dalej morskim szlakiem do punktu kulminacyjnego wystawy – projekcji (na olbrzymim telewizorze: 8m x 2,7m) filmu o wielorybach, nakręconego przy użyciu najnowszych technologii Sony, m.in.: techniki 4K (rozdzielczość ponad 4 razy wyższa niż standardowe HD)

Po całych tych wodnych ceregielach już niewiele czasu zostaje na jakiekolwiek planowanie, więc ruszamy coś zjeść. Trafiamy ‘na rympał’ do restauracji, w której zamawiamy delikatnie, żeby się nie przejeść, jakieś 300 potraw: makaron soba (wyrabiany z mąki gryczanej) – jeden na zimno do maczania w sosie sojowo-wasabi, drugi – w gorącej zupie sojowej; wołowe tempura (kawałki mięsa w panierce, smażone na głębokim tłuszczu); nigiri sushi z krewetkami (małe, kulki ryżu, owinięte liściem nori ze smażoną krewetką na szczycie konstrukcji); smażony bakłażan w sosie miodowym; tofu z prażoną cebulką; drobiowe szaszłyki i dwie butelki sake na dobre trawienie. Poniesione szkody – 6500JPY (ok. 200PLN). W tym momencie przestaję pisać, że wszystko jest pyszne itd., bo to już się tendencyjne robi i dla odmiany zacznę marudzić, jeśli trafimy na jakieś naprawdę złe dania. Co się prawdopodobnie nie wydarzy, bo kuchnia japońska jest OISHI (pyszna)!😀

A jak już w temacie jedzenia jesteśmy – przedwczoraj poszliśmy na kolację, na sąsiedzką dzielnię – Akasaka. Wchodzimy do pierwszej lepszej restauracji sushi, zamawiamy zestaw tuńczykowo-łososiowy i rozmawiając o poważnych sprawach życiowych przyglądamy się otoczeniu. Przede mną kucharze dwoją się i troją przygotowując genialnie wyglądające i jeszcze lepiej smakujące dania. Jeden z nich podchodzi do dużego akwarium przy wystawowym oknie i wyławia jedną z bidulek na danie główne. Jako, że śmierć rybie niemiła, wyskakuje mu z ręki i ląduje z głośnym ‘plask!’ na podłodze. Jakimś cudem jestem jedynym świadkiem zdarzenia i kucharz chybcikiem chwyta rybę w ręcznik, uśmiecha się z lekkim zażenowaniem i czmycha do kuchni. Jakiś czas później wychodzi na kolejny połów. Tym razem nic mu nie ucieka i głośnym okrzykiem tryumfu ‘HOI!’ mija nasz stolik, kłaniając się i uśmiechając od ucha do ucha. Chwilę później Andrzej dostrzega nieszczęsną rybę, jeszcze podrygującą! na sąsiednim stoliku. I tym oto kulinarnym akcentem… To by było na tyle Pozdrawiamy i do następnego przeczytania Ola i Andrzej🙂


  READ IN ENGLISH


JAPANESE BITS & BOBS #1 On Sunday afternoon we are setting off with a solemn intent on finding a cozy cafe with an Internet access, in order to construct a travel plan for the next 5 months. The first distraction however happens just after leaving the building: Japanese cicada – insect-monster. It is as big as Godzilla and as loud as their herd. We observe it for at least 10 minutes and record a documentary film like in ​​National Geographic (almost). Cicada in Japan carries several meanings and connotations:

  1. Symbol of rebirth/reincarnation – at the beginning of each summer, it comes out of the ground to give concerts
  2. Symbol of evanescence – its life is very short – attracts mate, ensures the survival of the species and … that’s it.

The sound of the cicadas is the most recognizable sign of the Japanese summer. Interestingly, its concert repertoire varies depending on whether the summer begins, it’s in full bloom or gets to an end. A trained ear can recognize each stage, only by listening to the sounds made by insects.

Another obstacle on our way turns out to be a gigantic, 14-ton aquarium tank in front of the Sony Building. A quick trip to have a look at the photographic equipment turns into at least an hour admiration of the various specimens of fish (and not only), inhabiting the coral reefs of Japan (around Okinawa and Kerama Islands). We even get to see the feeding part, which is quite disappointing process, which we boycott and go finally get what we need. As it turns out, it’s not such a simple matter, because in order to get to the appropriate floor in the Sony Building you have to (well, not really ‘have to’, but once it is there, it’d be a waste no to use it) go through the whole interactive exhibition devoted to the oceanic life. Somehow, we finally reach the floor we wanted, solve noting (in Japan all Sony cameras are sold Japanese menu for local market) and go further through the maritime route to the main point of the exhibition – the movie projection (on a giant TV: 8m x 2.7m) about whales, filmed using the latest Sony technologies (for example 4K technique where resolution is over 4 times higher than in a standard HD)

There is not much time left for planning anything, after the whole water affair, so we’re going for a dinner instead. In the restaurant, we are ordering – careful not to overeat – some 300 dishes: soba noodles (made from buckwheat flour) – cold ones, to dip in a soy-wasabi sauce, and the ones in the hot soy soup; beef tempura (battered, deep fried chunks of beef); nigiri sushi with shrimp (small portions of rice ball, wrapped in nori and with the fried shrimp on top of the construction); fried egg-plant in honey sauce; tofu with roasted onion; chicken skewers and two bottles of sake for good digestion. Damage – 6500JPY (approx. PLN 200). At this point I stop writing that everything is delicious and so on, because it is getting boring and for a change I will start whining only if we hit some really bad meals. What will not happen, because the Japanese cuisine is OISHI (delicious)!😀

And as we are on the food topic – yesterday we went for a dinner to the neighborhood district – Akasaka. We’re going into a random sushi restaurant, order a tuna-salmon set and while talking about serious matters of life, we admire the surroundings. The two cooks in front of me are busy as hell preparing brilliantly looking and even better tasting dishes. One of them goes to a big aquarium at the display window and fishes out one of the poor things for the main course. Since the death is not really in the fish schedule, it jumps out of his hand and lands with a loud ‚splash!’ on the floor. Somehow I’m the only witness to the incident, so cook grabs the fish in a towel, smiles with a slight embarrassment and disappears in the kitchen. A bit later, he goes for the next catch. This time nothing lands on the floor so with loud shout of triumph ‚HOI!’ he passes by our table, bowing and grinning from ear to ear. A moment later, Andrew sees the hapless fish still twitching! on the plate at the next table.

And with this culinary touch …

That would be all for now.

Cheers and till the next read

Ola and Andrzej🙂

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: