FUJI ROCK 2013 – PIERWSZA PODRÓŻ NA PLANETĘ JAPONIA


Translate Polish to English

Zgodnie z tradycją naszego bloga – wydarzenia i podróże opisujemy dopiero, gdy nabiorą one mocy urzędowej. Średnio zajmuje to około roku czasu, choć tendencja ta zaczęła się ostatnio nieznacznie zmieniać. Wpis ten dotyczy naszej poprzedniej wizyty w Japonii w lipcu 2013, mimo że właśnie tydzień temu przyjechaliśmy tu mieszkać na pół roku. Aby jeszcze nieco bardziej skonfundować sytuację – w następny weekend (25 lipca 2014) wybieramy się na kolejną edycję festiwalu Fuji Rock, tym razem oczywiście 2014. Tyle słowem wstępu, z pewnością wystarczająco już namieszałem.

Japonia. Kraj kwitnącej wiśni (kwitnącej jakieś 2 tygodnie w ciągu roku). Miejsce magiczne i nietypowe. Ja miałem szansę wizytować Tokio wcześniej dwa razy, lecz wyłącznie w celach biznesowych. Chociaż moją drugą podróż rozszerzyłem o kilka dni, spędzonych nad projektem foto-video. Jednak wcześniej nie mieliśmy okazji pojechać razem z Olą. Aż do lipca 2013.

Nine Inch Nails. To zespół, który śledzę od wielu lat, i z pewnością mój ulubiony zespół muzyczny. Udało nam się wcześniej zobaczyć NIN (w skrócie) już trzy razy – Londyn, Dublin i Szkocja. Ten ostatni koncert na szkockim festiwalu „T in the Park” był koncertem pożegnalnym. Trent Reznor – lider zespołu (a właściwie jego jedyny prawowity członek) zdecydował się zawiesić działalność i koncertowanie, skupiając się na innych projektach (jak ścieżki dźwiękowe do filmów, za które otrzymał Oskara i masę innych nominacji). Koncert pożegnalny odbył się w Szkocji w 2009 roku. Od tamtej pory – koncertowa posucha. Aż do roku 2013.

Fuji Rock. To odbywający się od wielu lat festiwal muzyczny w Japonii. Nazwę swą zawdzięcza temu, że początkowo odbywał się u podnóży góry Fuji, największej i najsławniejszej w Japonii. Z czasem jednak, z uwagi na powiększającą się ilość fanów – został przeniesiony w okolice resortu zimowego Naeba. Koncept podobny jest do innych muzycznych festiwali, które odbywają się zawsze na przestrzeni trzech dni letniego weekendu (jak polski Open’er w Gdyni, nabierający coraz to większej sławy).

W tej chwili już pewnie połączyliście razem wszystkie fakty. Nine Inch Nails zdecydowali na koncertowy powrót, a pierwszy w nowej trasie koncertowej miał właśnie odbyć się na festiwalu Fuji Rock, w lipcu 2013. Mnie wystarczyło powiedzieć raz, dużo lepszej wymówki na wyjazd do Japonii chyba bym nie znalazł. Bilety kupiliśmy tego samego dnia, kiedy koncert został potwierdzony. Przyznać trzeba, że sprawa nie należy do najtańszych. Wejściówka na trzy dni festiwalu, z opcją kempingową (namiot w pobliżu imprezy) to koszt 44.000 yenów, czyli jakieś 1.300 złotych za osobę. To dwukrotnie więcej niż Irlandzki Oxegen – jeden z droższych festiwali w Europie, podobnie jak gdyński Open’er, który każe sobie zapłacić 650 zł za 4 dni z namiotem. Do tego samolot do Tokyo to koszt 600 SGD, czyli następne 1500zł. Bilet na sławny Shinkansen (tzw. pociąg-pocisk pędzący 300km/h) to kolejne 6.600 yenów (200zł) za godzinną ‘przejażdżkę’ w jedną stronę. Sprawa bardzo szybko robi się dużego kalibru. Jednakże, patrząc wstecz, nie zawahalibyśmy się pojechać jeszcze raz, a nawet dołożyć do tej imprezy, jako że to był jeden z naszych najlepszych koncertowych festiwali. Nie tyle ze strony muzycznej co ze strony doświadczeń i przeżyć, których nasze europejskie umysły nie nadążały rejestrować, przez co dochodziło do częstego przegrzania polskiej szarej materii. Jako że należy tutaj zauważyć, iż wyjazd do Japonii to jakby podróż na inną planetę. Pomimo prawie 3-letniej kulturowej rozgrzewki w Singapurze i wizyt w kilku azjatyckich krajach – to co nas przywitało w Japonii trudno porównać do czegokolwiek innego…

Podróż samolotem niespecjalnie wygodna. Wylot we czwartek w nocy, niesławną już Malaysia Airlines, z przesiadką w Kuala Lumpur. Lot tak zwany ‘czerwone oczy’. Takie mamy po wylądowaniu o 6 rano w Tokyo, na lotnisku Narita. Położone 60km od centrum Tokyo, pokonujemy expressowym autobusem (jest również opcja pociągowa). Początkowy plan był taki, aby wziąć Shinkansen (szybki pociąg) z Tokyo do Naeba, narciarska miejscowość gdzie odbywa się festiwal. Ale okazało się, że jeden z moich pracowników, Takehiko Sanada, w ten sam właśnie weekend leci do domu. Zaproponował nam więc zawieźć nas jedyne 220km na miejsce. Mało tego – okazało się, że państwo Sanada mają włąsny apartament w miejscowości… Naeba. 200m od wejścia na festiwal! I proponują nam zostać tam na cały weekend, za darmo!! Japońska gościnność bije na głowę polską i wszelkie inne razem wzięte do kupy. Trochę nam było głupio, ponieważ specjalnie przytaszczyliśmy ze sobą namiot i śpiwory – ostatni festiwal w Irlandii – Electric Picnic – spędziliśmy właśnie w namiocie. Był to cudowny weekend i piękne wspomnienia, które chcieliśmy powtórzyć w Japonii (nocowanie w namiocie podczas festiwalu ma swój urok, i dodaje 100 punktów do jakości imprezy, pomijając sprawy prysznicowe). Poza tym, że podczas Electric Picnic 2011 była dość chłodna wrześniowa irlandzka pogoda. I poza tym, że pierwszej nocy tradycyjnie przeszła fala kradzieży (my dobrze przygotowani pakujemy wartościowe rzeczy na dno śpiworka), i większość naszych sąsiadów została ogołocona ze wszystkiego co miało jakąś wartość, włączając kurtki i buty. Po prostu irlandzkie gówniarstwo wskakuje nocą przez ogrodzenia, i licząc na to że większość festiwalowiczów śpi upojona ‘muzycznymi wrażeniami’ – włażą na chama do namiotów i kradną co popadnie. Nie zrażeni irlandzkimi wspomnieniami chcieliśmy spędzić weekend w namiocie, ze wszystkimi tego wygodami (sauna w namiocie od wschodu słońca o 7-ej rano albo ulewa-powódź w dowolnym momencie) i atrakcjami (japońscy sąsiedzi witający nas szklanką whisky). A tutaj pojawia się zaproszenie do apartamentu. Postanowiliśmy więc zacząć 2 pierwsze noce w namiocie, a kończąc ostatnią noc w apartamencie. Cóż za zbawienna była to decyzja, ale o tym dopiero w niedzielę!

Jak na razie – jest piątek. Po niecałej godzinie dojeżdżamy z lotniska do głównej stacji Tokyo Station. Wysiadamy z autobusu, Takehiko już na nas czeka. Wyciągamy torby i plecaki, machamy do odjeżdżającego autobusu, ja sięgam do kieszeni po telefon. Nie ma. Wypadł w autobusie, który właśnie zniknął za rogiem. Na planecie Ziemia należałoby odmówić żałobną modlitwę i kupić nowy telefon. Na planecie Japonia życie toczy się jednak według zupełnie innych zasad. To co wydarzyło się następnie, w każdym normalnym kraju można by między bajki włożyć. Telefon odjechał w autobusie, w nieznanym nam kierunku. Na przystanku wszystko po japońsku. Nie wiadomo kogo zapytać, gdzie autobus pojechał, jaka obsługa klienta. Nawet gdybyśmy znali numer telefonu – to jak wytłumaczyć co się właśnie stało japońskiej pani z obsługi po drugiej stronie telefonu? Angielski nie jest jeszcze tak popularny, jak by się mogło zdawać. Całe szczęście mieliśmy Takehiko, który zadzwonił na infolinię i wyjaśnił co się stało. Pani po drugiej stronie zidentyfikowała autobus, zadzwoniła do kierowcy, kierowca zatrzymał się, sprawdził siedzenie i znalazł telefon. Takehiko umówił się na spotkanie z kierowcą dwa dni później, w jakiejś miejscowości 60km od Tokyo. Pojechał tam we własnym czasie, własnym samochodem i odebrał mój telefon. W tym czasie my bawiliśmy się przednio na koncertach. Kiedy wróciliśmy do pracy we wtorek – mój telefon leżał wyczyszczony i naładowany na moim biurku w Singapurze. Kosmos.

Kiedy ustalono już plan akcji ratunkowej mojego iPhone’a – przechodzimy do dalszych czynności logistycznych. Takehiko pomaga nam odebrać bilety na powrotny Shinkansen w poniedziałek rano (byłoby to naprawdę kpiną, gdyby zaproponował nas odebrać samochodem, i z pewnością nie moglibyśmy tej oferty przyjąć). Jak wspomnieliśmy wcześniej – bilety kupiliśmy online, za osobę w jedną strone to koszt 6.000 yenów (ok 200 zł), a odległość 220km to 1 godzina 10 minut. Po załatwieniu spraw logistycznych – czas na przyjemności. Takehiko zabiera nas na Tsukiji – rybny market. Największy rybny market na świecie, należałoby dodać. Celem podróży nie jest, jak zazwyczaj w Tsukiji, obejrzenie aukcji kilkuset kilogramowych tusz tuńczyka, czy różnego rodzaju ośmiornic i małży – na to już za późno. Market rozpoczyna swe szaleńcze tańce z kratami ryb o 3-4 rano. Nasza wizyta o 9ej rano to raczej zerknięcie do zamykającego się marketu i – wizyta w restauracji serwującej najświeższe sushi świata, oczywiście. Śniadanie mistrzów, można by powiedzieć. Do marketu przyłączone są dziesiątki maleńkich restauracji, serwujących niemalże tylko sushi – w różnych postaciach. Sushi to coś więcej niż surowa ryba i kawałek słodko-kwaskowego ryżu. To sztuka kulinarna przed duże S. Taka, którą studiuje się u Mistrzów przez wiele lat, zanim dostanie się pozwolenie na otwarcie własnej restauracji. Gdzie same noże produkuje się tradycyjnie ręcznie i traktuje z powagą godną samurajskich mieczy. Gdzie kucharzy traktuje się jak mędrców. To zupełnie inna liga kulinarna, gdzie za zestaw kilkunastu kawałków w najlepszych restauracjach można zapłacić 1.000zł lekką ręką. Po krótkim błądzeniu w maleńkich korytarzach, między dziesiątkami restauracji, małych sklepików i stoisk – trafiamy do tej jednej, rekomendowanej przez Take. Zamawiamy zestaw sashimi (płaty surowej ryby saute – bez ryżu), nigiri sushi (ryba na uformowanym ryżu) i donburi (miska ryżu przykryta różnymi rodzajami ryby). I rozpływamy się błyskawicznie. Nie ma nas. Ryba znika rozpływając się w ustach. Pan sushi-kucharz tuż przed nami wykonuje magiczne sushi-sztuczki z prędkością Shinkansena. Chcemy zamawiać więcej i więcej, różne gatunki, inne postaci, ale żołądki już nie przyjmują. Po tej uczcie raczymy się zieloną herbatą na dobre trawienie, i opuszczamy to magiczne miejsce.

Wreszcie jesteśmy w samochodzie – w drodze na Fuji Rock. Wyjazd z Tokyo zajmuje nam chyba z godzinę. Mimo, że korków nie widać dookoła nas – jakimś dziwnym trafem przed nami jest niekończący się sznur samochodów. Może to bardziej podyktowane jest samym rozmiarem metropolii. Ciężko jest wyznaczyć granice, ale ‘miasto’ zajmuje przestrzeń 2.200km2, natomiast cała aglomeracja (czyli centrum i okoliczne dzielnice i zabudowania jako region miejski) to prawie 14.000km2. Prawie tyle, ile całe województwo małopolskie. Mieszka w tej przestrzeni jedyne 35 milionów mieszkańców – czyli prawie tyle co w całej Polsce (w małopolskim mieszka 3.3 mln). Całą podróż zajmuje nam trochę czasu, i pomimo że jego większość spędzamy przesłuchując Takehiko ze spraw japońskich – po krótkim czasie padamy umęczeni jak młode szczeniaki. Po przebudzeniu się okazuje się, że jesteśmy blisko. Krajobraz staje się mocno górski, i jeszcze mocniej zielony. Pięknie zielony. Dojeżdżamy na miejsce. Takehiko zapoznaje nas ze sprawami technicznymi mieszkania. Jest zapalonym snowboarderem, więc kiedy poprzednio mieszkał w Tokio – bywało że zjawiał się tutaj w każdy weekend w porze zimowej. Nie dziwota, bo jest pięknie. Mamy prąd, gaz, lodówka, klucze – wszystko pochytane. Take nas zostawia i wraca do domu. My zabieramy namiot i idziemy na pole namiotowe, zaraz po odebraniu biletów.

Trudno znaleźć dobre miejsce, jako że zrobiło się już dość późno, i większość festiwalowiczów porozkładała swoje namioty i już dawno na koncertach. Szybciutko jednak rozkładamy swój namiot na ‚krzywni’ pochyłej (bo już nigdzie indziej nie ma miejsca), wrzucamy śpiwory i materac, przebieramy się, i uderzamy do części koncertowej. Zanim jednak tam docieramy odwiedzamy punkt z koszulkami i pamiątkami. Stoimy przed wielką ścianą i wybieramy koszulki. Ta fajna, tamta lepsza, to może tę weźmy. Nagle odwraca się do nas pani, i pyta po polsku skąd jesteśmy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ot Polacy są wszędzie, gdyby nie fakt, że ta pani ma dość intrygujące japońskie rysy. Okazuje się, że jest pół Polką, pół Japonką. Mama z Polski, tata z Japonii. Studiuje polonistykę na uniwersytecie w Tokio i odwiedza babcię w Polsce co roku. No i masz – zaczęło się jak u Hitchcocka – od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wymieniamy się mailami z przesympatyczną panią, z którą mamy nadzieję spotkać się razem w tym roku.

Po tym jakże miłym rozpoczęciu wchodzimy na teren festiwalu. Klasycznych kolejek do wejścia już nie ma, ponieważ nastała ciemna noc, i wszyscy są już w środku. Mijamy osobliwe, pół otwarte męskie toalety, i udajemy się po strawę i napoje. Po krótkim pokrzepieniu i nabraniu sił – kierujemy się prosto na GreenStage – Zieloną Scenę. To tutaj za chwilę grać będzie Nine Inch Nails. Po czteroletniej przerwie – czuć napięcie w powietrzu. Powoli zbierają się tłumy, przestrzeń pod sceną się zapełnia. My będąc wcześniej znajdujemy sobie bardzo dobre miejsce w centrum i na środku. Momenty dzielą nas od rozpoczęcia koncertu i … następuje oberwanie chmury. Niebo się otwiera i wylewa z siebie hektolitry wody. Szukamy Arki Noego. Po chwili wracają nam zmysły i zamiast uciekać zostajemy zaatakowani burzą dźwięków i świateł. Koncert został rozpoczęty. Nine Inch Nails to zespół, który zawsze szykuje cos nowego na swoje koncerty. Przede wszystkim wizualnie – każdy koncert to nowy koncept świateł, ekranów i wizualizacji. I tak jest tym razem. Do tego seria nowych utworów z nowego albumu „Hesitation Marks” – wszystko to, łącznie z piorunami w oddali i deszczem, który przemoczył nas do suchej nitki – tworzą niesamowitą atmosferę. Idealnie otwarcie nowego sezonu koncertowego dla zespołu takiego jak Nine Inch Nails.

Po koncercie suszymy aparat, kręcimy się jeszcze odrobinę po strefie koncertowej, a w zasadzie przenosimy się na drugi koniec festiwalu, gdzie na White Stage (Białej Scenie) gra Skrillex. Fajnie jest go zobaczyć na żywo, szkoda ze tylko ostatnie 3 minuty. Nie zdążyliśmy nawet zrobić zdjęcia, ale mamy za to Łysego.

Pierwszy dzień pełen wrażeń za nami. Ważne, że jesteśmy na miejscu, cali i zdrowi, w namiocie, w którym jest bezpiecznie. A brak telefonu to również dobry sposób na higienę mentalną.
To by było na tyle.

Pozdrawiamy i do następnego przeczytania

Andrzej i Ola🙂

2 thoughts on “FUJI ROCK 2013 – PIERWSZA PODRÓŻ NA PLANETĘ JAPONIA

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: