OHAYOU GOZAIMASU!


Translate Polish to English

(Dzień Dobry!)

Cała historia zaczęła się kilka miesięcy temu, kiedy SAP postawiło przed Andrzejem możliwość wykonania 6cio miesięcznego projektu w Tokio. Dość niewyraźnie majaczący gdzieś w oddali obraz, nabierał coraz bardziej korpulentnych kształtów, żeby dwa tygodnie temu zaowocować biznesową wizą do Japonii (w przypadku Andrzeja; ja bujam się na 90dniowej turystycznej ;)) Dwa tygodnie mijają jak z biczu strzelił na poszukiwaniach magazynu, który zaszczycimy naszymi nagromadzonymi przez prawie trzy lata gratami; badaniach lekarskich – na wszelki wypadek; zawieszaniu umów rodzaju wszelkiego i niekończących się pożegnaniach z przyjaciółmi, za którymi już tęsknimy. Ostatnia impreza z cyklu pożegnania, odprawiona bardzo rozsądnie kilka godzin przed odlotem, wymyka się nieco spod kontroli i o mały włos nie spóźniamy się na samolot😀 Po setnym powiedzeniu pa! pa! ładujemy się z 30 kg nadbagażu (dla referencji: oficjalny dopuszczalny limit wagowy w Singapore Airlines 30kg na łebka :)) do taksówki, ujeżdżamy 2km i wracamy po telefon, który w ferworze pożegnań Andrzej zostawia w domu… No dobra – Ola zostawia w domu – ale już tyle razy gubiłam telefon, że głupio mi się przyznać:/.

Ekipa Pożegnalna

Ekipa Pożegnalna

Na lotnisko docieramy na styk i zaczynamy wykłócać się o przemycenie bezpłatne nadbagażu. Oczywiście nic nie jesteśmy w stanie wskórać, więc Andrzej łapie portfel i potulnie truchta za panią z obsługi naziemnej do kasy. Transakcja trwa niemiłosiernie długo, co jeszcze bardziej urealnia opcję pozostania w Singapurze dzień dłużej. Całe szczęście zdążamy ze wszystkim, pędzimy przez automatyczną odprawę paszportową i 500m dalej utykamy w sklepie ze słodyczami, gdzie MUSIMY!!! kupić prezenty powitalne dla naszych nowych kolegów z pracy. Kultura azjatycka, a tym bardziej japońska, wymaga powitalnego upominku – bez niego jesteśmy spaleni na panewce i możemy się w biurze nie pojawiać😉

Dokładamy tony cukierków i ciastek do naszego nadbagażu i pędzimy do bramek lotniskowych. Według pani obsługującej jesteśmy ostatni, według pana obsługującego – nie. Prawda jest zawsze gdzieś pośrodku, więc nie mam pojęcia jaka jest prawidłowa odpowiedź:/ Szczerze mówiąc mało nas to obchodzi – najważniejsze, że lecimy🙂

Lot przebiega bez problemów – całe szczęście, biorąc pod uwagę super-tajfun, który nawiedza Japonię dwa dni przed naszym wylotem i powoduje odwołanie wszystkich lotów dnia poprzedniego:/

O 6:30 rano w Sobotę (12.07.2014) lądujemy na lotnisku Haneda w Tokio🙂 Ładujemy naszych milion toreb do taksówki i w drogę do mieszkania służbowego. Wykończeni jesteśmy jak psiaki, podobnie jak taksówkarz, który od czasu, do czasu zasypia nad kierownicą. Do mieszkania docieramy ok 8 i czekamy na pana/panią z recepcji, co by nas do nowego domu wpuścili. Czekamy i czekamy, czekamy i czekamy, dzwonimy na podany nr kontaktowy 24-godzinnej obsługi klienta, pod którym nikt nie odpowiada i czekamy dalej. Obczajamy najbliższą okolicę, znajdując kilka supermarketów, parę restauracji i krocie barów, po czym czekamy dalej. W końcu zdesperowany Andrzej sprawdza maile w poszukiwaniu jakiegokolwiek kontaktu do agencji zajmującej się mieszkaniem i znajduje informację, że klucz czeka skrzynce o takim a takim numerze, z takim a takim kodem. Po bezsensownej godzinie spędzonej na torbach, cali szczęśliwi wchodzimy do naszego nowego mieszkania w wielkości kieszonkowej😉

Mieszkanie przypomina wagon pociągowy – długi i wąski🙂 O dziwo mieści się w nim wszystko, co potrzeba: sypialnia z dość pokaźną szafą (której lewe skrzydło drzwi nie otwiera się do końca, bo blokuje je łóżko); salono-jadalnio-kuchnia; pralniowa wnęka; dwuczęściowa łazienka z pokojem prysznicowym, mini-wanną i kosmiczną toaletą z podgrzewanym siedzeniem i opcjami ‘prysznicowymi’ różnych części ciała (co prawda obecnie żadna funkcja nie działa); malutki przedpokój i bonusowy balkonik, z którego rozciąga się sympatyczny widok na pokrytą wieżowcami okolicę.

Jednym z najważniejszych zadań jakie sobie stawiamy jest uruchomienie TV. Udaje się to w miarę szybko, za co nagrodzeni jesteśmy japońską audycją, której akurat tematem jest… Kraków. Patrzymy sobie na znajome krajobrazy, jedzenie (oscypek w japońskiej wersji to „osycypuku” ;)) i … huzarów, których uskrzydlone zbroje wzbudzają okrzyki podziwu u gości programu.

Kraków w japońskiej telewizji

 

Po szybkim rekonesansie mieszkania i niespodziewanej edukacji na temat własnego kraju oraz wizycie w siłowni gdzie ćwiczy się zarówno ciało jak i umysł, idziemy na śniadanie do pobliskiego baru/jadłodajni. Zamówienie składamy w maszynie, która posiada tylko i wyłącznie znaki japońskie. Sugerując się kilka dostępnymi zdjęciami, zamawiamy: mięso i jajko podane na ryżu (Andrzej) i smażony łosoś z ryżem (Ola). Nauczeni doświadczeniem zeszłorocznego krótkiego pobytu w Japonii (Fuji Rock Festival) spodziewamy się, że jedzenie będzie co najmniej pyszne – i oczywiście tak jest🙂

Na trawienie – szybka kawka na wynos z kawiarni naprzeciwko i spacer do położonego 10 min dalej biura SAP. Po drodze rzucamy jeszcze okiem na położony 300m od biura Teatr Narodowy i wracamy dopełnić obowiązków rozpakowujących. Idzie w miarę sprawnie i ok. 14:00 mamy czas na w pełni zasłużoną drzemkę.

Na kolację jedziemy do zakupowej dzielnicy Ginza (4 stacje od Kioichio – bilet 170JPY, ok. 5PLN), gdzie odwiedzamy rekomendowaną przez Andrzeja restaurację sushi. Zamawiamy opcję ‘Omakase’ czyli w wolnym tłumaczeniu ‘decyzję zostawiam tobie, Szefie Kuchni’😉 Na talerzu znajdujemy 14 kawałków sushi różnego rodzaju: z tuńczykiem, podsmażaną makrelą, krabem, jeżowcem, krewetką, kawiorem, małżami, i na deser kawałkami ‘tamago’ – omleto-podobny twór na słodko. Dobijamy się jeszcze sushi ze smażonym łososiem i mielonym tuńczykiem, zapijając wszystko zimnym winem ryżowym. O ile jedzenie w lokalnej jadłodajni spełnia wszelkie nasze oczekiwania, o tyle sushi w Ginzie to kulinarna magia.😀 Rachunek bardzo szczęśliwy 8 888 JPY🙂 (ok 270 PLN), gdyż według azjatyckich tradycji cyfra 8 jest bardzo szczęśliwą (a raczej szczęście przynoszącą).

Na trawienie – spacer po okolicy. Mimo, że jest sobota, na ulicach niemal pusto. Nie ma sobotnio-nocnych wrzasków, imprez, harmidru. Otacza nas spokój, relaks i coś o czym już zdążyliśmy zapomnieć – nocna, orzeźwiająca, letnia bryza.🙂 Możemy znowu oddychać bez morderczej wilgoci.

Na zakończenie dnia wstępujemy jeszcze do pierwszego lepszego baru – Owls Bar (Sowi Bar). Zanim udaje nam się odnaleźć prawidłowe drzwi, odwiedzamy toaletę, wjeżdżamy windą na pierwsze piętro, gdzie jest nic i dopiero za trzecim razem trafiamy w odpowiednie miejsce. W maleńkim, długim i wąskim pomieszczeniu oprócz barmana nie ma nikogo. Siadamy przy barze, z widokiem na imponującą kolekcję whisky z całego świata. Alkohol pyszny (szklanka whiskey 1500 JPY, ok. 45PLN), obsługa nie z tej ziemi. W momencie kiedy kawałek lodu nie mieści się w szklance Andrzeja, barman momentalnie docina go do odpowiedniego kształtu i wielkości. I ma być idealnie – cała akcja z docinaniem, szlifowaniem i rzeźbieniem kawałka lodu powtarza się dopóty bryłka nie leży nieskazitelnie w szklance.

Po drinkach, pociąg do domu. Na stacji, ze ściennych obwieszczeń dowiadujemy się, że lepiej by było gdybyśmy raczej nie przewozili amunicji, dynamitu i sztucznych ogni – w dużych ilościach🙂. W porównaniu do Singapurskiego MRT, gdzie nie wolno wnosic durianów, palić papierosów, jeść i pić – doprawdy nie wiemy co sądzić o tokijskich zakazach.

 

Noc kończymy zakupami spożywczymi na dzień następny (udaje nam się znaleźć polskie akcenty w postaci ogórków Krakus i Spirytusu Rektyfikowanego)  i wpisem na blog🙂

To by było na tyle.

Pozdrawiamy i do następnego przeczytania

Ola i Andrzej🙂


READ IN ENGLISH
(Good morning!)

The whole story had started a few months ago when SAP offered Andrzej possibility to work in Tokyo in a 6-months project. Vague image looming in the distance became more and more tangible and two weeks ago it results in a business visa to Japan (in the case of Andrzej, I am rocking on a 90-days tourist one ;)) Two weeks disappear in a blink of an eye while we are busy with: looking for the storage room which will be honoured to host our accumulated over nearly three years jumble; medical screening – just in case; suspending the contracts of all kinds, and endless farewells with friends, who we already miss. The last farewell party, celebrated very reasonably a few hours before departure, slips a little out of control and we nearly miss the flight😀 After saying bye! bye! for the hundredth time, we load 30 kg of excess baggage (for reference: the official maximum weight limit in Singapore Airlines is 30kg per pax :)) into a taxi, drive 2km and return for the mobile phone, which Andrzej leaves in the house in the throes of farewells… Okay – Ola leaves it – but I lost mine so many times that it’s just embarrassing:/

At the airport, we are exactly on time and begin to argue about smuggling the excess baggage free of charge. Of course, we accomplish nothing, so Andrzej grabs his wallet and meekly trot after the ground crew lady to the paying counter. The transaction lasts mercilessly long, and staying in Singapore a day longer becomes more and more possible. Fortunately, all the paying fuss ends we are rushing as hell through the automatic passport check just to stuck 500m further in a candy store, where we MUST! buy welcome gifts for our new colleagues. Asian culture and the more Japanese requires a welcome gift – without it, we are done and no need to bother coming to the office😉

We squeeze tons of sweets and pastries to our already excessed baggage and run to the airport gates. According to the female crew – we are the last ones, according to her male counterpart – we are not. The truth is always somewhere in the middle, so I have no idea what the right answer is.:/ Frankly, little we care – most importantly we are on the plane🙂

Fortunately, flight goes without any problems – given the super-typhoon that haunts Japan two days before our departure, and causes the cancellation of all flights on the previous day:/

About 6:30 am on Saturday (12.07.2014) we are landing at Haneda Airport in Tokyo🙂 We squash our million bags into a taxi and off we go to the serviced apartment. We are exhausted like dogs, apparently likewise the taxi driver who dozes off from time to time while driving. We reach apartment around 8 am and start to look for the front desk person who would let us into our new home. We wait and we wait, wait and wait, we call the 24-hour customer service line, where nobody responds and wait on. We check out the neighbourhood, find a couple of supermarkets, a few restaurants and a myriad number of bars, then we wait some more. In the end, desperate Andrzej checks his emails in search of any contact with our rent agency and is informed that the key is actually waiting for as in a mailbox under such and such a number, of such and such a code. After ridiculous hour spent on bags, we are delighted to enter our new pocket-sized apartment😉

Apartment resembles a train wagon – long and narrow🙂 Strangely it houses everything we need: a bedroom with a fairly sizeable wardrobe (the left wing of the door does not open completely because it is blocked by the bed); living room slash kitchen slash dining room; small laundry room; two-piece bathroom with a shower room, a mini-bathtub and cosmic toilet with heated seat and  ‚shower’ option for different parts of the body (although currently, this function does not work); tiny hallway and a bonus – small balcony, which offers a nice view of the covered with skyscrapers surroundings.

One of the most important tasks we set ourselves to is to run the TV. It can be obtained relatively quickly, for which we are rewarded with the Japanese show dedicated to … Krakow. We look at the familiar landscapes, food (including osycypuku;)) and … hussars, whose winged armour evoke cries of admiration from program guests and host. After a quick reconnaissance of the apartment, unexpected education about our own country and a quick visit to the gym that offers something for a body as well as the mind, we set off to grab a breakfast at a nearby diner. We are placing the order via a machine that has only Japanese characters. Based on the few available photos, Andrzej orders meat and egg served over rice and I go with fried salmon with rice. Taught by the experience of last year’s short stay in Japan (Fuji Rock Festival), we expect that the food will be at least delicious – and of course it is🙂

To help our digestive system we grab a takeaway coffee from the cafe opposite and have a 10 minutes stroll to the SAP office. We are paying a quick visit to the located 300m further National Theatre and then going back to do our unpacking duties. As it goes quite smoothly, around 2 pm we have time for a well-deserved nap.

For a dinner, we go to the shopping district of Ginza (4 stops from Kioichio – 170JPY ticket, about 5PLN), where we visit recommended by Andrzej sushi restaurant. We order the ‚Omakase’ which roughly translates as ‚I leave the decision to you, Chief’😉 At the plate we find 14 pieces of various types of sushi: tuna, fried mackerel, crab, sea urchin, shrimp, caviar, clams, and for dessert pieces of ‚tamago’- omelette-like sweet treat. We are finishing with extra sushi with fried salmon and minced tuna, washing all down with cold rice wine. While eating at a local diner meets all our expectations, sushi in Ginza is the culinary magic😀 We receive our lucky bill at 8 888 JPY🙂 and go for a walk around the neighbourhood. Although it is Saturday, the streets are almost empty. There is no Saturday-night screams, crazy parties, party mayhems. We are surrounded by peace, relaxation and something that we have already forgotten – night, refreshing, summer breeze.🙂

At the end of the day, we walk up to a random bar – Owls Bar. We walk into a toilet, ride the elevator to the first floor where is nothing, before – after the third attempt – we are finally able to find the correct place. The tiny, long and narrow room is empty – except the bartender. We sit at the bar, overlooking the impressive collection of whiskeys from around the world. Drinks – delicious, the service – out of this world. Before a piece of ice lands in the glass, it is cut to the desired shape and size. And it has to be perfect – all the action with trimming, polishing and carving a piece of ice is repeated until the cube ideally fits in a glass.

After drinks, we take a train home. At the station, from the notice signs, we learn that it would be good if we rather not carry ammunition, dynamite and fireworks – in large quantities.🙂 In comparison to Singapore MRT, where you can’t carry durian, smoke, eat or drink – we’re not really sure what to think about the Tokyo Subway restrictions indeed. The night finishes with grocery shopping (where we manage to find Polish accents in the form of pickles Krakus and rectified spirit ;)) and this blog entry.🙂

That would be all for now.

Cheers and till the next read

Ola and Andrzej🙂

2 thoughts on “OHAYOU GOZAIMASU!

  1. Good post. I learn something new and challenging
    on websites I stumbleupon everyday. It will always be helpful to read through articles from other writers and practice something from other sites.

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: