AFERA KARALUCHOWA W PHNOM PENH


Translate Polish to English

Na podróż do następnego miejsca docelowego – kambodżańskiej stolicy Phnom Penh – wybraliśmy sobie bardzo ciekawą datę: 13go lipca, piątek. Data jak najbardziej szczęśliwa, ponieważ autokar z Ho Chi Minh, po 6-cio godzinnej podróży dostawił nas całych i zdrowych na miejsce.
Tutaj, bijąc się w piersi winowajców, musimy wspomnieć, że jak najgorsze gamońki rozciągnęliśmy to nasze szczęście jak gumkę w majtkach. Zrobiliśmy coś, czego absolutnie nie robi się pod żadnym pozorem w czasie żadnej podróży: nieważne czy to Azja, Europa czy Mars. Otóż, po ulokowaniu nas w autokarze, bardzo uczynny pan kierowca, zaczął zbierać od pasażerów paszporty wraz z dodatkową opłatą 25 USD, w celu ułatwienia uzyskania wizy na granicy z Kambodżą. Bez dwóch zdań, wręczyliśmy panu nasze dokumenty i poszliśmy spać. Na granicy, fakt faktem, nie musieliśmy stać w długaśnej kolejce po wizy, ale za to zapakowani do niby-poczekalni, z zapartym tchem czekaliśmy czy nasz uczynny pan pojawi się z powrotem, czy też nie. Całe szczęście, pan się pojawił, paszporty z wizami oddał, a my uroczyście przed wszystkim co święte i nie przysięgliśmy już nigdy się z nimi nie rozstawać. Tak naprawdę usługa taka, nie dość że przyprawiła nas o lekki zawał serca, to jeszcze okazała się kompletnie zbędna ponieważ wizę można było dostać żadnego bez problemu, stawiając się osobiście przy odprawie paszportowej. Ale co tam, człowiek uczy się całe życie. Ponoć.
Po przekroczeniu granicy czekała nas jeszcze krótka podróż do centrum Phnom Penh, do którego dotarliśmy ok. 20:00/21:00. Na przystanku, w ułamku sekundy oblęgła nas chmara tuk-tukarzy, oferujących transport w każdy zakątek miasta. Jeden z nich uparcie twierdził, że jest najlepszy, legalny i najuczciwszy, co udowadniał w bardzo przekonujący sposób, pokazując wydrukowaną na swojej koszulce nazwę agencji turystycznej, w której niby pracował. Temu też profesjonaliście postanowiliśmy zaufać i kazaliśmy się wieźć do najbliższego hotelu z wolnymi pokojami. I nie dość, że wyboru nie pożałowaliśmy, to jeszcze dzięki temu przemiłemu człowiekowi mieliśmy zorganizowany cały pobyt w Kambodży. Nasz dobroczyńca z miejsca zaopiekował się nami niczym kwoka pisklętami; po pierwsze, odganiając zaciekle bandę pozostałych tuk-tukarzy, którzy nie przestawali nas nękać. Po drugie, znajdując nam całkiem przyzwoity hotel. Po trzecie wreszcie, organizując nam następnego dnia transport do Siem Reap.
W hotelu dowiedziałam się, że Adam ma dla mnie niespodziankę. Moje zaciekawienie wzrosło do granic zenitu, kiedy wspomniał, że niespodziana jest związana z uratowaniem mi życia w autokarze.😯 Z zapartym tchem śledziłam foliowe zawiniątko, które wyjął z plecaka. W zawiniątku, jak się okazało był… karaluch. Ledwie żywy, bo przetrzymywany w foliowej torbie. Zrobiła się afera. Adam zamiast oczekiwanego wybuchu radości i wdzięczności, spotkał się z furią doktora Dolittle. I nie pomogły tłumaczenia, że podczas snu, karaluch o mało mi nie odgryzł głowy. Zdezorientowany i niemile zaskoczony Adam stwierdził, że życia mi już więcej ratować nie będzie. Aby załagodzić karaluchową aferę postanowiliśmy iść na kolację, zakrapianą suto lokalnym piwem – Angkor.

 


Po powrocie, przechodząc przez hotelową jadłodajnię, zauważyliśmy szczura, biegającego sobie radośnie po maszynie do gotowania ryżu. Mentalna notatka, o unikaniu ryżowych potraw została zrobiona i podkreślona na czerwono.
Następnego dnia rano, po bez-ryżowym śniadaniu, przyjechał nasz znajomy tuk-tukarz i zabrał nas do agencji turystycznej. Tutaj, z dwunastoma innymi pasażerami usadowiliśmy się w busie, który nas powiózł do Siem Reap. Na miejscu, miał nas odebrać i przejąć nad nami pieczę kolejny tuk-tukarz, nagrany przez naszego znajomego. Nie ujechawszy nawet 1/3 trasy, przekonaliśmy się, że trzynasto-piątkowy pech w Kambodży działa z 24-godzinnym opóźnieniem. W tym momencie, trzeba zaznaczyć, że ruch samochodowy na kambodżańskich, dość nędznych drogach, to totalna samowolka. Wyprzedzanie na trzeciego, czwartego i ósmego, z musowo conajmniej trzykrotnym przekraczaniem dozwolonej prędkości jest normalką. W takich oto okolicznościach przyrody, wjechał nam w tyłek autokar. Nasz kierowca, zauważywszy z przodu wóz zaprzęgnięty w bydło domowe, zaczął zwalniać. Za nami rozpędzony autokar już nie wyrobił i wbił nam się w zad. Do tego wszystkiego jeszcze, my usadowiliśmy się na samym końcu busa, co zawocowało uczuciem jakby rzeczony autokar pierdyknął nam bezpośrednio w plecy. Całe szczęście oprócz wgniecionych tylnych drzwi, potłuczonego okna i zablokowanych bagaży pod pogiętymi stelażami siedzeniowymi, nic nikomu się nie stało. Kierowca, połaził dookoła samochodu, pokrzyczał coś przez telefon, zapakował nas z powrotem do busa i powiózł dalej. Dalsza trasa przebiegła całkiem spokojnie – nie biorąc pod uwagę oczywiście szalonego ruchu drogowego i wpadającego do środka busa deszczu, który nas przelotnie dopadł przed samym Siem Reap.

 


Z ok. dwugodzinnym opóźnieniem dotarliśmy na miejsce, gdzie z miłym zaskoczeniem zauważyliśmy pana trzymającego kartkę z czymś, co miało być imieniem Andrzeja. Cierpliwy tuk-tukarz zabrał nas do naszej miejscówki (tutaj wielki aplauz na stojąco dla Adama, który wynalazł genialny resorcik w środku dżungli), gdzie ustaliliśmy z nim plan dnia następnego.

 


Po orzeźwiającej wizycie w basenie, kolacji i musowym piwku wybraliśmy się podziwiać zachód słońca z pobliskiej świątyni. Niestety jej nazwa kompletnie wyleciała mi z łepetyny😦

 

Po powrocie, bardzo szybka i krótka sesja piwkowa, bo następnego dnia pobudka o 4 rano i podziwianie wschodu słońca ze świątyń w Angkor.
To by było na tyle
Pozdrawiamy i do następnego przeczytania
Ola, Andrzej i Adam🙂

One thought on “AFERA KARALUCHOWA W PHNOM PENH

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: