UCHO SŁONIA W DELCIE MEKONGU


Translate Polish to English

WOW! Właśnie zerknęłam na ostatni wpis na blogu i okazuje się, że widzieliśmy się wieki temu, czyli w zeszłym roku!
O matko! Nawet mnie przeraziła ta przerwa!

Już nawet nie staram się nas usprawiedliwiać, tylko migusiem przechodzę do tematu właściwego.
A dziś na tapecie, drugi dzień w Wietnamie i Delta Mekongu.

Tak się ślicznie złożyło, że nasz hotel sąsiadował z biurem podróży. Sprytnie korzystając z tego zbiegu okoliczności, zarezerwowaliśmy sobie wycieczkę po delcie Mekongu. Za absolutnie śmieszną kwotę 25 USD za łebka, zakupiliśmy całodniową wyprawę z wyżywieniem (ucztą raczej, ale o tym później) i mrowiem atrakcji.

A dzień pełen wrażeń wyglądał tak:

Wcześnie rano, baaardzo wcześnie rano, nieprzyzwoicie wcześnie rano, z ledwo otwartymi ślepiami, doczłapaliśmy się na śniadanie mistrzów. Napchaliśmy się na zapas, bo przecie dzień ciężki przed nami. Potem do autokaru i wio!

 

Przystanek pierwszy – buddyjska świątynia Vĩnh Tràng. Cały kompleks rozciąga się na 2 hektarach, malowniczo położonych wśród sadów owocowych w pobliżu wioski Mỹ Hóa. Wzniesiona w połowie XIXw., ucierpiała srodze podczas walk ostatniej dynastii cesarskiej Wietnamu (Nguyễn) z kolonistami francuskimi (1859 – 1862). W 1904r., dziewięć lat po kompletnej renowacji, spadło na świątynię kolejne nieszczęście w postaci tropikalnej burzy i dopiero w 1907 udało się pozbyć rozległych uszkodzeń, jakie spowodowała. Fasada świątyni zaprojektowana została w sposób, który łączy architekturę azjatycką z europejską. W głównej sali, można zobaczyć posągi i statuetki różnych rodzajów Buddy – Nieograniczonego Światała, Śmiejącego, itd. W świątyni znajduje się również naturalnej wielkości statua Nefrytowego Cesarza – najwyższego boga według wierzeń chińskich. Dookoła budynku rozciąga się przepiękny ogród, wypełniony mniejszymi rzeźbami, oczkami wodnymi i wspaniałą roślinnością.

A! Chłopaki zaserwowali mi niespodziankę w postaci wietnamskiego kapelutka. Kapelutek-globtroter przetrwał bez szwanku caluteńką wyprawę i szczęśliwie żyje sobie z nami w Singapurze.

Po sesji zdjęciowej w świątyni, przewodnik zapakował wycieczkę z powrotem do autokaru i powiezieni zostaliśmy do celu właściwego wreszcie.

Położona w południowo-zachodniej części Wietnamu delta Mekongu rozciąga się na powierzchni 39 000 kilometrów kwadratowych. Teren pokryty wodą, zmienia się w zależności od pory roku. Znaleziska archeologiczne świadczą o tym, że obszar delty Mekongu zamieszkany był już w IV w.p.n.e. Od XI w. Zajęta przez Khmerów delta, zwana była ‘niższą Kambodżą’. Na początku wieku XVII. król Khmerski pozwolił Wietnamczykom na osiedlanie się w okolicy delty, co doprowadziło do całkowitego przejęcia obszaru przez napływającą ludność. Uwikłani w wojnę z Tajlandią Khmerowie nie byli w stanie odebrać zagarniętych ziem. Od 1860r. okolica pozostawała częścią kolonii francuskiej, aż do czasu odzyskania niepodległości przez Wietnam. W 1970r. obszar stał się pretekstem ataku Czerwonych Khmerów. Napaść wywołała natychmiastową reakcję Wietnamu, który najechał Kambodżę, obalając tam reżim Czerwonych Khmerów. Delta wraz z jej nieustannie rozwijającym się przemysłem, rybołówstwem, rolnictwem i kwitnącą turystyką, jest jednym z najproduktywniejszych regionów Wietnamu. Regionem, któremu grozi poważne niebezpieczeństwo wynikające z globalnego ocieplenia. Według obliczeń naukowców, przed 2030r. większość prowincji położonych w delcie Mekongu znajdzie się całkowicie pod wodą.

Tymczasem my możemy się uważać za prawdziwych szczęściarzy, bo chociaż odrobinkę doświadczyliśmy tego, co ten wodny róg obfitości ma do zaoferowania.

Zaczęło się od wspomnianego już wyżej posiłku, który wziął nasze szczęki w garść i wyrżnął nimi siarczyście o glebę. Po około 10 minutowym rejsie po rozlewisku delty, dopłynęliśmy do ukrytej w gąszczach, lokalnej farmy. Tutaj przywitali nas przesympatyczni gospodarze i przygotowane do posiłku stoliki. Po obniuchaniu wszelkich kątów farmy (sadu, w którym ‘na żywo’ udało nam się zobaczyć longan – ‘oko smoka’; stawu rybnego, gdzie pływała rybna osobliwość zwana ‘uchem słonia’; niezliczonej ilości zwierzów) usadowiliśmy się wygodnie przy stoliku połowicznie zajętym przez dwóch australijczyków. Podczas miłej pogawędki, panowie dostali posiłek, który oceniliśmy w miarę wysoko, dając mu notę ‘spoko’ i gawędziliśmy dalej czekając, żeby to samo zostało zaserwowane nam (z tego, co pamiętam obfita porcja ryżu z kurczakiem). Po chwili pojawiają się przed nami: papier ryżowy, sos chili z sokiem z limonki, świeże warzywa, zioła – składniki do własnoręcznie zwijanych sajgonek. Do tego gigantyczne krewetki królewskie, sajgonki warzywne smażone na głębokim tłuszczu i gość dnia – rybsko! Niesamowitość ryby – rzeczonego ‚ucha słonia’ – ustępowała tylko jej wymyślnemu zaserwowaniu. Potrawa główna umieszczona została na drewnianym stelażu w taki sposób, by można się było delektować jej widokiem. Wszyscy obecni przy stoliku patrzyli na siebie w osłupieniu, zastanawiając się czy aby się ktoś nie pomylił i nie zaserwował nam czyjegoś obiadku. Zapewnieni przez przewodnika, że za taki właśnie zestaw zapłaciliśmy w biurze podróży, z pewną taką nieśmiałością sięgaliśmy po pierwsze kęsy. Co tu dużo gadać – jedząc, płakaliśmy z radości. Dostało się również i naszym australijskim znajomym, bo dobrzy i mili ludzie jesteśmy …a poza tym głupio nam się tak było na ich wytrzeszczonych oczach obżerać😉

Po uczcie, logistycznie wpakowani zostaliśmy na małe łódeczki, którymi przetransportowano nas wąskimi nitkami rzeki do kolejnego punktu wyprawy – wytwórni cukierków kokosowych. Masowa produkcja odbywa się przy użyciu techniki ‘robótki ręczne’. Każdy cukiereczek jest ręcznie robiony, zawijany w papierek (jadalny zresztą) i pakowany w folię (kompletnie niejadalną). Przyglądaliśmy się temu procesowi w zachwycie wielkim, a efekt pochłonęliśmy w mgnieniu oka, śliniąc się obficie.

Dostaliśmy również pouczający wykład o pszczółkach i kwiatkach – czyli o tym, jak się rodzi miód. A, że wyglądaliśmy jakby nam ciągle było mało wrażeń, to organizatorzy dorzucili nam jeszcze sesje zdjęciową z wężem. A co!

Ostatni przystanek był ucztą dla oka, ucha i podniebienia. Delektując się, świeżymi owocami, oglądaliśmy występ lokalnego zespołu folklorystycznego. Wspaniałe zakończenie, wspaniałego dnia.🙂

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: