ALE SAJGON!!!


Translate Polish to English

Naszą wielką południowo-wschodnio-azjatycką wyprawę zaczęliśmy od… śniadania na lotnisku😉 Tosty z Kayą i jajka z sosem sojowym naładowały nas konieczną dawką energii przed tym, co na nas czekało. A czekał na nas SAJGON!!!

Śniadanie

Śniadanie


Pokochaliśmy go z miejsca, bo jak nie kochać miasta w którym w oka mgnieniu stajesz się milionerem?😉 Już pierwszego dnia kieszenie mieliśmy wypchane milionami wietnamskich dongów i czuliśmy się wspaniale😀 (Milczeniem pominę fakt, że przelicznik wygląda mniej więcej tak: 1 000 000 VND = 147 PLN)

Milionerzy

Milionerzy

Jak na krezusów przystało, fortunę roztrwoniliśmy natychmiast na żarełko, zakrapiane lokalnym pitnym złotem o nazwie – a jakże! – Saigon🙂

Sajgoński Kącik Edukacyjny (sponsorowany przez Wikipedię oczywiście): właściwie powinnam napisać Ho Chi Minh-ski ponieważ od 1976r. (po przegranej Sajgonu w wojnie wietnamskiej) jest to oficjalna nazwa miasta. Pochodzi od imienia przywódcy rewolucji komunistycznej, premiera i później prezydenta Demokratycznej Republiki Wietnamu. Populacja miasta przekracza 9mln mieszkańców i czyni je najbardziej zaludnioną metropolią Wietnamu.

A zaczęło się, jak zwykle, niepozornie – od wioski rybackiej, w zamierzchłych czasach znanej jako Prey Nokor. Oryginalnie zamieszkała przez Khmerów okolica, pokryta była rozległymi mokradłami i bagnami. W ręce Wietnamczyków przeszła ok. XVIIw. przy okazji zaślubin Wietnamskiej księżniczki, Khmerskiemu księciu. Małżeństwo to miało zapobiec nieustannym napaściom Wietnamczyków na wioski Khmerskie. Stopniowo jednak, Wietnamczycy przejęli okolicę i Khmerzy Delty Mekongu stali się mniejszością, niemal całkowicie odseparowaną od swoich rodaków w Kambodży, którzy osłabieni toczącymi się wojnami z Tajlandią, nie byli w stanie odbić swoich ziem. Z czasem Prey Nokor przeistoczył się Sajgon – bardzo dobrze prosperujący i rozwijający się port.

W 1859 Sajgon dostał się pod okupację francuską – pozostałości architekturalne i kulturowe tego okresu, przyczyniły się do nadania Sajgonowi przydomka: Paryż Orientu. Dopiero niemal 100 lat później w 1945r. Wietnamczycy odebrali swoją niepodległość. Na następne dziesięciolecia Wietnam został podzielony na Południowy (z Sajgonem jako stolicą), wspierany przez Stany Zjednoczone w walce z Północnym, komunistycznym pod przywództwem Ho Chi Minha. A po przegranej przez Południe wojnie wietnamskiej w 1976r. Sajgon został przemianowany na Ho Chi Minh – ku pamięci, nie żyjącego już wtedy politycznego przywódcy.

OK – dość suchot faktowych. Przechodzimy do relacji właściwej i naszych osobistych, mocno subiektywnych wrażeń. A właściwie jednego, które było wszechmocne, wszechogarniające i wszechobecne – Ho Chi Minh to nie Paryż Orientu. Ho Chi Minh to Miasto-Skuter!

Nie dopchałam się do właściwej liczby (zmienia się z informacji na informację) ale biorąc pod uwagę średnią, po ulicach miasta jeździ ok. 4mln skuterów. Używane są do transportu zarówno tradycyjnego: kierowca i pasażer, jak i innych odmian:

– rodzinny: rodzice plus dwoje, troje dzieci w tym – musowo! – jedno śpiące na stojąco

– towarowy: dobra materialne typu pudło, kilka pudeł, góra pudeł, łóżko, lodówka, itp.

Tak, Wietnamczycy są mistrzami logistyki.🙂

W związku z powyższym zjawiskiem społecznym – nazwijmy je dla ułatwienia skuterystyką – rozwinęła się całkiem nowa odnoga przemysłu mody. Uliczne sklepy, stoiska przepełnione są akcesoriami typu gogle, kaski, płaszcze przeciwdeszczowe przystosowane specjalnie do okrycia zarówno jeźdźca jak i jego ‘rumaka’… ‘kucyka’ raczej.

Oczywiście wszystko to, w kupie, skutkuje ruchem ulicznym o GIGANTYCZNYM natężeniu, a przejście przez ulice odbywa się przy pomocy cudu wynalezionego przez Mojżesza. I oto, w momencie kiedy postawisz stopę na jezdni, morze skuterów zaczyna się rozstępować i motorki omijają cię jakbyś był otoczony polem magnetycznym. Zjawisko to, testowane było wielokrotnie przez Andrzeja, który z uporem maniaka i uśmiechem wariata łaził przez ulicę tam i z powrotem.

Jeśli ktoś chce, może stać się częścią tego wariactwa i wynająć skuter za niewielkie pieniądze w przyulicznych, obecnych na każdym kroku wypożyczalniach.

Jeśli chodzi o wrażenia kulinarne natomiast – no pyyyszota, co tu dużo gadać. Dzięki użyciu znikomych ilości olejów i tłuszczów oraz gigantycznych ilości warzyw i ziół, kuchnia wietnamska uważana jest za jedną z najzdrowszych kuchni świata. Charakterystycznymi składnikami dań są m.in. mięta, bazylia, imbir, limonka, sos sojowy, sos rybny, pasta krewetkowa. Bardzo popularne są potrawy z owoców morza, ale wołowina i drób (szczególnie kaczka) podniebieniom wietnamskim nie jest obca. Dania podawane są z różnymi rodzajami makaronów (np. ryżowym, jajecznym) bądź z ryżem. Ciekawą i okrutnie paćkającą odmianą dania jest ‘kleisty ryż’ (sticky rice) – specjalna odmiana, która po ugotowaniu staje się ultra-kleista. Oczywiście są i sajgonki🙂 – zawinięte w papier ryżowy warzywne lub warzywno-mięsne pyszności. Popularne są również tzw. ‘gorące kociołki’ (hot pot) – gar z wywarem mięsnym, do którego wkłada się po kolei różne składniki od mięsa, przez makaron, na warzywach kończąc.

Ciekawym zjawiskiem kulinarnym są śniadania. Tradycyjny wietnamski pierwszy posiłek dnia nie ma nic wspólnego z naszymi kanapeczkami, czy płatkami śniadaniowymi. Wietnamczycy bardzo poważnie traktują stwierdzenie: śniadanie najważniejszym posiłkiem dnia i robią z niego małą ucztę. Z daniami makaronowo i ryżowo mięsnymi, mnóstwem sajgonek ze świeżych warzyw bardziej to przypomina pełnoprawny, obfity obiad… ale nie można powiedzieć, że narzekaliśmy😉

Napakowani energią i tonami ryżu zwiedzaliśmy co tylko mogliśmy. A zaczęliśmy od najbliższej okolicy i Muzeum Pamiątek Wojennych (War Remnants Museum).

W niecałe 5 miesięcy po tzw. upadku Sajgonu, północni zwycięzcy wojny wietnamskiej otworzyli propagandowe muzeum wojny wietnamskiej, którego ekspozycje i eksponaty miały nieustannie przypominać o okrucieństwach wojny – szczególnie tych, wyrządzonych przez Amerykanów. Jego cel podkreślała jasno pierwsza nazwa miejsca: Ekspozycja Zbrodni Stanów Zjednoczonych i Marionetkowego Rządu Wietnamskiego. Dopiero w 1990r. – gdy stosunki między Wietnamem i USA zaczęły się poprawiać – muzeum zyskało swoją obecną nazwę, która nie niesie już żadnych negatywnych konotacji w stosunku do US. Aczkolwiek treść wystaw i prezentacji pozostała taka sama i grubym paluchem wskazuje, kogo Wietnamczycy obwiniają za swoje cierpienia.

Na muzeum składa się kompleks budynków oraz sal wystawowych, w których prezentowane są tematyczne prezentacje. I tak m.in. można zobaczyć sale poświęcone narzędziom tortur jakich używali południowcy do dręczenia więźniów politycznych. Szczególnym okrucieństwem charakteryzowały się niewielkie klatki, zbyt małe dla dorosłego człowieka, by się mógł wyprostować, usiąść, czy w ogóle zmienić pozycję. W klatkach tych – zwanych tygrysimi – przetrzymywani byli więźniowie miesiącami, a nawet latami. Inne ekspozycje pokazują efekty użycia tzw. Agent Orange – trującej, wysoko toksycznej substancji, której ofiarą padli nie tylko ci, którzy zetknęli się z nią bezpośrednio, ale także dzieci pokolenia wystawionego na jej działanie (deformacje ciała, zwiększona podatność na choroby, szczególnie nowotworowe).

W drodze do muzeum, sami przeżyliśmy mrożącą krew w żyłach sytuację, której sprawcami byli… rikszarze. A właściwie tuk-tukarze, ponieważ tuk-tuk to nazwa rikszy używana w Azji. Otóż ledwo wyłoniliśmy się na ulicę, od razu zaatakowani zostaliśmy ofertami podwózek. Po uzgodnieniu ceny – 5 dolarów od osoby, co równa się mniej więcej 105 000 VND – wpakowaliśmy się na tuk-tuki. Adam na jeden, Andrzej na drugi, Ola na kolana do Andrzeja:/ Wyprawa ciekawa i momentami podnosząca poziom adrenaliny do zenitu, dzięki oczywiście ruchowi ulicznemu, którego jedyną zasadą jest brak zasad. I tak oto czasami jechaliśmy pod prąd, czasami ktoś inny jechał pod prąd, a czasami byliśmy w centrum chaosu totalnego, gdzie nie wiadomo było gdzie jest prąd. Po krótkiej, ale jakże obfitującej we wrażenia podróży, dotarliśmy na miejsce. A tu, dowiedzieliśmy się, że cena podskoczyła nieznacznie z 5 do … 50!!! dolarów. Pokrzyczeliśmy trochę, pospieraliśmy się i jak przystało na turystów z godnością uciekliśmy do budynku muzeum. Potem baliśmy się  z niego wyjść, przekonani, że tuk-tukarze pojechali po bandę znajomych i czekają na nas i nasze 50 dolarów. Wątek tuk-tukarzy towarzyszył nam już do końca wyprawy. Za każdym razem gdy, życie rzuciło nas w jakąś nieciekawą okolicę, przekonani byliśmy, że będzie się w niej czaiło dwóch tuk-tukarzy z Wietnamu.

A jako, że adrenaliny nigdy nie za dużo, pewnego pięknego wieczoru, w restauracyjce mieszczącej się na dachu naszego hotelu, Adam uraczył nas kolejną mrożącą krew w żyłach historią. Otóż, jego ciocia – jak to ciocia kochana, milutka  – posiadała koguta. Wielkiego ptasiora prze-ch**a, który atakował wszystko w zasięgu jego wzroku… Łącznie z ciocią niestety. Pewnego dnia, po nad wyraz bestialskim ataku przypuszczonym na ciocię, wujek Adama zapałał rządzą zemsty. Złapał pierwszego, lepszego drąga leżącego na podwórku i zaczął nim okładać bestię. Kogut uszedł ze swym marnym życiem, ale od tej pory już nie atakował cioci, a na widok wujka uciekał za stodołę. Od czasu do czasu wyglądał zza winkla ze złowieszczym ko-ko-ko-ko-ko, ale już nigdy dzioba na starszych nie podniósł. Od tego momentu również Jebakov – bo tak pieszczotliwie wujek nazywał koguta – stał się jednym z motywów przewodnich naszej podróży. Każda kura, kogut czy inny drób na naszej drodze, chrzczona była mianem Jebakova.😉

To by było na tyle

Pozdrawiamy i do następnego przeczytania

Ola, Andrzej i Adam🙂

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: