URODZINOWA NIESPODZIANKA W BATAM


Translate Polish to English

Jako że lat trzydzieści kończy się tylko raz w życiu – postanowiliśmy to uczcić dwa razy pod rząd. Dokładnie 18-go maja święciliśmy w klubie Mana Mana na plaży, wraz z grupą najbliższych znajomych. Następny weekend był jednak dużo bardziej tajemniczy, ponieważ Ola przygotowała dla mnie niespodziankę, o której nie wiedziałem absolutnie nic.

Ola skrzętnie przygotowywała się do tajemniczej niespodzianki przez długie miesiące. Jedyne, co wolno my było wiedzieć, to żebym spakował walizkę i zabrał paszport. Tak też zrobiłem w czwartek wieczorem, a w piątek rano zostałem zapakowany do taksówki i odwieziony do jednego z Singapurskich portów pasażerskich. Tutaj tajemnicy już dłużej nie dało się Oli utrzymać, gdyż z tablicy „odpływów” dowiedziałem się, że płyniemy do Indonezji, na małą wyspę Batam.

Welcome to Indonesia

Welcome to Indonesia

Po krótkiej 30-to minutowej podróży zostaliśmy w porcie Nongsapura odebrani przez hotelową obsługę. Uprzejmy pan poinformował nas, iż załatwi wszelkie formalności paszportowe i zakupi nam wizy wjazdowe, po czym zabrał paszporty i udał się w nieznaną stronę. Jedyne, co nam zostało to czekać w hotelowym autobusie z nadzieją, że kiedyś wrócimy jakoś do Singapuru.🙂  A tak na poważnie to obsługa była znakomita, i to hotelowa usługa, aby gości resortu eskortować przez granicę w expressowym tempie.

Po przyjeździe i zarejestrowaniu się w recepcji, pani recepcjonistka poprosiła abyśmy chwilę poczekali, ponieważ kierownik restauracji chciałby nas powitać i zamienić słówko. Kiedy się pojawił wypalił do mnie prosto z mostu: „Witam panie Aleksandra, chciałem porozmawiać o tej romantycznej kolacji, którą planuje pan na dziś wieczór”. I tak miły pan Kierownik restauracji spalił Oli pierwszą niespodziankę. Nie stało się nic wielkiego, ponieważ mój zmysł Sherlocka wyczuwał, iż Ola planuje jakieś wieczorne atrakcje. W każdym bądź razie Ola udała się z panem Kierownikiem na dalszą tajemniczą rozmowę, podczas gdy ja udałem się do naszego pokoju. Był to luksusowy apartament na ostatnim piętrze, z osobnym salonem i pięknym widokiem na morze.

Po rozpakowaniu udaliśmy się na mały rekonesans okolicy, i pierwsze, co przykuło naszą uwagę (a raczej Oli uwagę), było mini-zoo przygotowane dla dzieciaków. Główną atrakcją natychmiastowo stała się papuga, która po bliższym z nią się zapoznaniu otrzymała imię Papuga Tortuga – słowo blisko-brzmiące do Tortura (mimo ze „tortuga” to po hiszpańsku żółw🙂 ). Tortuga zaczęła bardzo niepozornie, od swojskiego przywitania nas słodkim „Helou!” i „Goodbye!”. Kiedy nasza garda opadła przed tak słodko gadającą papugą – wyciągnęliśmy do niej nasze biedne rączki. Sztuczką Tortugi było to, że najpierw wystawiała swe papuzie łapki, aby ktoś ją posmyrał po nóżkach, a następnie niepozornie zaciskała swe pazury na naszych palcach. Wbijając szpony coraz mocniej nie pozwalała uwolnić się z morderczego uścisku. Po minucie takiej morderczej operacji należało się salwować ucieczką. Bardzo szybko nauczyliśmy się, aby podziwiać i dyskutować z papugą jedynie z bezpiecznego dystansu. Podczas naszych następnych wizyt Tortuga witała nas jedynie kpiącym, złowieszczym śmiechem, po czym przechodziła do konwersacji po koreańsku (jak się później dowiedzieliśmy w tym konkretnym hotelu zatrzymuje się wielu gości z Korei Południowej, więc papuga została nauczona mówić po koreańsku). Druga papuga z kolei nie mówiła absolutnie nic. Siedziała sobie cichutko większość czasu, okazjonalnie rozrywając powietrze ogłuszającym wrzaskiem, bez wyraźnego powodu, za to z wyraźnym efektem powodującym chwilową pomroczność jasną.

Większość część pierwszego dnia spędziliśmy na plaży, smażąc się na leżakach i popijając piwko. Wieczorem przygotowana została dla nas romantyczna kolacja przy plaży. Ta sama kolacja, która przestała być tajemnicą dzięki nadgorliwości pana Kierownika restauracji. Niemniej jednak zostaliśmy absolutnie zaskoczeni samą kolacją. Spod hotelu zostaliśmy zabrani małym samochodzikiem do plaży, gdzie w małym domku na wzgórzu czekał na nas stolik, świece i urodzinowe baloniki. Przywitał bas osobisty kelner, a na dole przy plaży posiłek przygotowywał dla nas prywatny kucharz. Kolacja była znakomita, wieczór piękny, a wino genialne. Hotel spisał się świetnie, nawet Ola była zaskoczona swoją niespodzianką dla mnie.🙂 Po kolacji udaliśmy się do hotelowego baru na ostatnie drinki, gdzie zabawiał nas lokalny zespół muzyczny. Prawie doszło do tańców w hotelowym lobby, ale chyba zbyt cieniuśkie było to winko.

Drugiego dnia również czekała nas masa atrakcji. Zaczęliśmy ponownie od plaży, ale upał był niemiłosierny. Kąpiel na niewiele się zdała, ponieważ wodą z morza można było zagotować herbatę. Uciekliśmy więc do chłodniejszego basenu, w którym bliżej było barmanom donosić nam zimne piwko – lokalny indonezyjski Bintang smakował w takich okolicznościach znakomicie. Po ochłodzeniu zdecydowaliśmy się na odrobinę adrenaliny, i poszliśmy na „wakeboarding” – wodne narty, z jedną deską zamiast dwóch (taka wodna deskorolka). Po krótkim szkoleniu przez żeglarzy z lokalnego ośrodka sportów wodnych – rzuciliśmy się w wir wodnego szaleństwa. Zacząłem ja, i nie udało mi się nawet raz stanąć na desce. Oli z kolei udało się wykonać pełnoprawny deskowy „pływ” dwa razy, po krótkim jedynie szkoleniu. Przyczyny mej porażki są czysto naukowe. Po pierwsze primo – mężczyźni mają środek ciężkości dużo niżej, niż kobiety, tak więc trudniej jest nam znaleźć odpowiedni balans na wodzie. Po drugie primo – procent tkanki tłuszczowej u mężczyzn jest również dużo niższy, co powoduje mniejszą wyporność, innymi słowy idziemy na dno jak kamień. Po trzecie primo – Ola miała szansę obejrzeć wszystkie możliwe błędy w moim wykonaniu, więc kiedy przyszło do jej próby – sprawa sukcesu była oczywista. Tak czy siak bawiliśmy się świetnie i mamy ochotę wybrać się ponownie, mimo że dnia następnego bolało wszystko – od nóg, przez ramiona, po ręce (bezlitośnie wyrywane przez pędzącą motorówkę).


Po adrenalinowych szaleństwach czas przyszedł na kolejną niespodziankę, o której również nie wolno było mi nic wiedzieć (i nawet żadnemu kierownikowi nie udało się jej spalić). Jedyne co wiedziałem, to że będzie ona trwać 3 godziny, więc najpierw udaliśmy się na kolację w restauracji owoców morza (Ola zamówiła wołowinę). Po tak sycącym posiłku i czterech Bintangach udaliśmy się na 3 godzinne… SPA – masaże, sauny, kąpiele ziołowe i jeszcze trochę masaży. Zestaw dla nas dwojga nazywał się „Książe i Księżniczka”, i tak właśnie zostaliśmy potraktowani. W ciągu trzech godzin będąc ugniatanym niczym ciasto na pierogi – udało nam się niejednokrotnie przysnąć (Oli jak zwykle z rozdziawioną buzią ‘na popielniczkę’). Po prysznicach i olejkach zrelaksowaliśmy się końcowo przy kawce, ponieważ należało zbierać siły na długą noc. 25go czerwca odbywał się finał Piłkarskiej Ligi Mistrzów, gdzie Bayern Monachium podejmował Borussię Dortmund (zwykło się mówić Polonię Dortmund, jako że w drużynie tej mamy obecnie trzech najlepszych polskich piłkarzy – Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek). W normalnych warunkach z oglądaniem Ligi Mistrzów nie ma większych problemów, ponieważ mecze odbywają się o godz. 20:45 czasu europejskiego. Od kiedy jednak jesteśmy w Azji – różnica czasu latem to 6 godzin, co oznacza, że mecz zaczyna się 2:45 rano. Całe szczęście Indonezja jest godzinę przed Singapurem, tak więc mecz miał się zacząć o 1:45. W normalnych warunkach również wydarzenie kalibru takiego jak Finał Ligi Mistrzów gwarantuje, że każdy bar i restauracja będzie mecz transmitować, nabijając do kasy funty/marki/dolary. Jako że Azja to nie Europa – zainteresowania jakimś europejskim meczem piłkarskim specjalnie nie było. Hotelowy bar został zamknięty tuż przed północą, zdążyliśmy jednak złapać parę barmanów z zapytaniem czy mogą nam chociaż zostawić włączony telewizor. Znaleźli lokalny kanał z transmisją meczu z Anglii, niestety obraz strasznie przerywał i ciężko było to oglądać. Całe szczęści barman okazał się wielkim fanem piłkarskim, i zaprosił nas do lokalnej kantyny dla pracowników hotelowych, w której kanał ten odbierał w dobrej jakości. Nas dzikusów dwa razy pytać nie trzeba. Zakupiliśmy więc wiaderko browarów z lodem, i meleksem zostaliśmy zawiezieni do kantyny nieopodal. Przed meczem chłopcy grali w karty, ale kiedy tylko mecz się zaczął – zebrała się ekipa z 30 osób, większość dopingująca Borussię. Nie omieszkałem zebranym przedstawić dokładnie każdego z naszych trzech Polaków, właściwie za każdym razem gdy pojawiali się na ekranie. Zdaje się, że wszyscy są teraz w stanie bezbłędnie powiedzieć: „BŁASZCZYKOWSKI”.🙂 Atmosfera była świetna, emocje sięgały zenitu, nasi nowi przyjaciele przegrali pieniądze w sportowych zakładach, a na koniec wszyscy rozeszliśmy się do domu. Następnego dnia dookoła całego hotelu witały nas tylko szpiegowskie uśmiechy hotelowej ekipy, i cichcem rzucane na wiatr „…Błaszczykowski… …Lewandowski… …Borussia…”. Tak też zostaliśmy maskotką hotelu na ostatni dzień wizyty.

Dzień ostatni upłynął nam pod znakiem lenistwa. Pogoda była humorzasta, spadło trochę deszczu, całe szczęście przy basenie znalazło się miejsce na dwa leżaki pod daszkiem, dzięki czemu barmani znowu mieli blisko, aby donosić nam zimne browarki. Tutaj, po wyrejestrowaniu się, spędziliśmy większość dnia. Następnie przyszedł czas na pożegnanie się z Papugą Tortugą, która była tego dnia w dużo bardziej melancholijnym nastroju. Nie daliśmy się jednak zwieść tej podstępnej pułapce, i z bezpiecznego dystansu pożegnaliśmy ją tylko miłym „Goodbye!”, bo jakoś polskiego nie chciała załapać.

Był to cudowny, relaksujący weekend, zorganizowany w całkowitej tajemnicy przede mną. Duże brawa, buziaki i uściski dla Oli za piękny urodzinowy prezent. Mwaaah!

Mwaaaaah!

Mwaaaaah!

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s