UNIVERSAL STUDIOS SINGAPORE


Translate Polish to English

W lipcu 2012 przystąpiliśmy do naszej pierwszej poważnej i pełnoprawnej podróży południowo-azjatyckiej. W ciągu dwóch i pół tygodnia… przeprawiliśmy się przez Wietnam, Kambodżę, Tajlandię i Malezję. Biegaliśmy ścieżkami Wietkongu, wdrapywaliśmy się na świątynie Angor Wat, przeżywaliśmy adrenalinowy rausz na targu na torach kolejowych i leniliśmy się na rajskich plażach. Jednak cały ten podróżniczy zawrót głowy zaczęliśmy całkiem niewinnie i swojsko – od zwiedzania… ponownie… Singapuru🙂

Naszym do tego pretekstem stał się sosnowiecki smyk😉 Adam (przyjaciel z Klubu Miłośników Filmu, w branży znany jako Alieen ;)), który razem z nami dzielił podróżnicze wrażenia. Za jego to sprawą zerknęliśmy na miasto-państwo, w którym żyjemy, z nieco innej, odświeżającej (i odświeżonej) perspektywy.

No i jak na miłośników filmów przystało singapurskie buszowanie zaczęliśmy od filmowego parku tematycznego na Sentosie – Universal Studios Singapore.

Aaaaaale zanim tam dotarliśmy zrobiliśmy krótki, szybki i treściwy przystanek w muzeum kolejki linowej, która nas na Sentosę uczynnie dowiozła. Urodziła się niecałe 40 lat temu. Łączy Mount Faber (Góra Faber… tak naprawdę wzgórze raczej ;)) i Sentosę i oferuje spektakularny widok na zatokę i port singapurski. Jej historia, mimo, że niezbyt długa może się pochwalić kilkoma ciekawymi wydarzeniami: była planem zdjęciowym serialu kryminalnego „Hawaii Five-0”, świadkiem pierwszego masowego ślubu w kolejce kablowej, a także gościła uczestniczki wyborów Miss Świata 1989. Ponadto może się poszczycić jedyną na świecie, wykonaną z klocków lego, naturalnej wielkości rekonstrukcją wagonu. W ciągu swojego żywota była świadkiem transformacji otwieranych i zamykanych ręcznie bardzo prostych wagoników w szklane, zupełnie zautomatyzowane kabiny (plus kilka VIPowskich z klimatyzacją, szklanymi podłogami, ozdobionych kryształami Swarovskiego [… – miejsce na opadnięcie szczęki]). My, na znak protestu, ostentacyjnie pogardziliśmy Swarovskim i wcisnęliśmy się w standardowy wagonik bez klimatyzacji (ale za to bez szyby w oknie) i bez kryształów (ale za to z wielkim pluszowym ptasiorem z Angry Birds („Wściekłe Ptaki”), który zajmował połowę wagonika).

Na Sentosie szybka przebieżka przez wyspę…

…i wreszcie punkt kulminacyjny – Universal Studios Singapore.

Po dwóch latach planowania, konstruowania i budowania park został otwarty w 2010… ale tylko tak troszeczkę… dla ekipy obsługującej park i ich rodzin tylko… Test osprzętowania? Hmmm… Wielkie oficjalne otwarcie odbyło si rok później i uplasowało Universal Studios Singpore na drugim miejscu w Azji (po Japonii) i pierwszym w Azji Południowo-Wschodniej wśród tego typu parków tematycznych. Wśród gości gali byli m.in. Jet Li i Paula Abdul🙂

Park rozciąga się na 20 hektarach najbardziej wysuniętej na wschód części Resortu Świat Sentosy. Posiada 24 atrakcje (18 z nich zaprojektowanych zostało specjalnie, tylko i wyłącznie dla tego parku) i podzielony jest na 7 części tematycznych, z których każda oparta jest na hicie filmowym bądź na popularnym serialu telewizyjnym. W każdej z nich spotkać można postaci z poszczególnej produkcji.

Nie za bardzo wiedząc, co nas czeka i jak się po tym kolosie poruszać wybraliśmy metodę najlepszą z możliwych – metodę „na rympał”. Zaczęliśmy od Hollywood Boulevard, gdzie spotkaliśmy zajętego pozowaniem do zdjęć Po z „Kung Fu Panda”. Potem szybki spacer ulicami Nowego Jorku, gdzie nie spotkaliśmy nikogo, ale za to doświadczyliśmy ulicznego show kelnerek z pobliskiej stekowni. Jakimś cudem znaleźliśmy się potem w części „Sci-Fi City” gdzie zmierzyliśmy się z najwyższymi na świecie (42.7m) podwójnym roller-coasterem – Battlestar Galactica: Human vs. Cylon. Potwór ma dwa tory: jeden ‘w miarę’ normalny i standardowy dla tego typu atrakcji (kilka zwrotów, hopek, ostrych zakrętów – takie tam) o nazwie ‘Human’ (Człowiek) i jeden totalnie zakręcony (dosłownie) zwany Cyklon. Zaczęliśmy od Cyklonu… bo kolejka była krótsza… Powinniśmy się domyśleć, że to źle wróżyło. Łykaliśmy własny krzyk, będąc miotani na prawo, lewo, w górę, w dół, tył, przód i po wszelkich przekątnych. MASAKRA jakaś!… którą radośnie powtórzyliśmy jeszcze raz😉 Co by ochłonąć nieco, poszliśmy na spacer po sekcji Starożytnego Egiptu, gdzie oszczędziliśmy sobie przejażdżek czymkolwiek. A potem trafiliśmy do części ‘Zaginiony Świat’ – tyranozaury, pterodaktyle i takie tam. Tutaj, zaintrygowani ostrzeżeniem, (które zamiast ostrzegać przyciągało jak magnes): „You can get wet and possbily soaked” (w baaaardzo wolnym tłumaczeniu: „możesz być mokry, a najprawdopodobniej przemoczony”) skorzystaliśmy ze zdecydowanie najlepszej atrakcji parku – Jurassic Park Rapids Adventure. Generalnie cała zabawa polegała na tym, że w czymś, co przypominało ponton płynęliśmy rzeką przez park, w którym roiło się od dinozaurów. Niektóre wyskakiwały niespodziewanie z krzaków, inne na nas… pluły : /, a jeszcze inne pluły na nas wyskakując z krzaków. Punkt kulminacyjny przejażdżki, to wpłynięcie do czegoś na kształt bunkra – ciemno, mokro, do domu daleko, T-Rex na wolności. Dopływa się do końca korytarza i… nic. Po chwili, ostre przyspieszenie i ponton rzucony jest w górę betonowego tunelu, wprost w rozdziawioną mordę króla dinozaurów. Po kilkunastu sekundach darcia się w niebogłosy, zostaje się wyrzuconym z tunelu – podkreślam słowo WYRZUCONY, gdyż to jest dokładnie to, co się z nami stało. I w tym momencie również sprawdza się część ostrzeżenia-reklamy, mówiąca o prawdopodobnym przemoczeniu. Zapomnieli dodać: kompletnym i do suchej nitki.

Wysuszyć postanowiliśmy się w sposób ekologiczny – przy pomocy słońca i wiatru w trakcie przemieszczania się po kolejnych częściach parku. Chyłkiem przemknęliśmy przez królestwo ‘Zasiedmiogórogrodu’ ze Shreka, z nieco dłuższym przystankiem przy Shrekowej… toalecie i
skończyliśmy na „Madagaskarze”. Przerwę w bieganiu spędziliśmy bezczelnie naśmiewając się z ludzi jeżdżących na karuzeli z postaciami z filmu i po tak poprawionym samopoczuciu i poczuciu własnej dojrzałości poszliśmy na wodną przejażdżkę po Madagaskarze. Byliśmy jedynymi pełnoletnimi uczestnikami bez małoletnich podopiecznych, ledwo mieszczącymi się w maleńkich przedziałach łódki (właściwie tylko Adam i Andrzej mieli problemy, ja pasowałam idealnie :D)… Aby udowodnić sobie i światu, że jeszcze nie do końca zdziecinnieliśmy… wróciliśmy na wodną masakrę Jurassic Parku po raz drugi. Po zapadnięciu zmroku, jazda była jeszcze bardziej klimatyczna🙂

Wieczór zakończyliśmy w bardzo efekciarski sposób: najpierw ultra-multimedialne doświadczenie 3D w samym środku bitwy Transformerów, a potem pan Spielberg (nie „na żywo” niestety, ale z ekranu) pokazywał od kuchni jak się tworzy efekty specjalne – w tym wypadku huraganowe. Wprowadzono nas do sali, która była sceną z filmu – wleźliśmy w środek kadru filmowego po prostu. Był budynek, trochę wody, łódka.. Ot, takie tam. I po chwili zaczęła się przed nami totalna… rozpierducha. Wszystko się zaczęło trząść, palić, łamać, rozwalać, jakieś dechy fruwały nad głowami, a na koniec w scenę wpłynął… statek! Moment później ktoś krzyknął „Cięcie!” i wszystko wróciło do normalnej normy sprzed kilkunastu minut. Show skończył się w samą porę na pokaz fajerwerków – 15 minut cudów na niebie🙂

A potem orzeźwiające piweczko na plaży i do domku, bo następny dzień jeszcze bardziej pracowity🙂 Ale o tym w następnym poście… na który wcale nie będziecie musieli czekać pół roku😉

To by było na tyle.

Pozdrawiamy i do następnego przeczytania

Ola i Andrzej🙂

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: