WIELKANOC W KUALA LUMPUR


Translate Polish to English

… relacja opóźniona jedynie o ponad pół roku (od kwietnia 2012)😉 A to wszystko dlatego, że tak kochamy święta wszelkie…, że chcemy je przeżywać wciąż i wciąż na nowo… przeciągać celebrowanie jak najdłużej się da… otaczać się ponownie, tą niezwykłą świąteczną atmosferą

A teraz kończymy mydlenie oczu, BS-owanie😉 i przystępujemy do relacji właściwej🙂

Kuala Lumpur – stolica Malezji i jednocześnie największe miasto kraju. Obecnie zatłoczone przez około 6.5 mln. ludzi (z czego jedyne 1.8 mln to stali mieszkańcy). Wielka metropolia, będąca jedyne 150 lat temu maleńką wioską, której mieszkańcy utrzymywali się z wydobywania rudy cyny. Swoją ‘pieszczotliwą’ malajską nazwę (‘Błotnisty Zbieg Rzek’) miasto zawdzięcza… położeniu u zbiegu dwóch rzek: Klang i Gombak. Znak rozpoznawczy (całkiem świeży co prawda) – niesamowite, ikoniczne, imponujące – ‘Bliźniacze Wieże: Petronas’ (‘Petronas Twin Towers’).

My jednak na przekór pędowi pop-kulturalnemu i trendom ogólno-turystycznym zaczęliśmy zwiedzanie miasta od części historycznej.


Zanim jednak się do niej dostaliśmy, wstąpiliśmy na energetyzujące lokalne śniadanko: Andrzej tradycyjnie na ostro – curry laksa (ostra zupa rybna z mlekiem kokosowym, podawana z makaronem), Ola tradycyjnie na słodko – tosty z kayą (‘marmolada’ kokosowa). Przy śniadaniu odkryliśmy również,że Kim Dzong Il żyje, ma się dobrze i przychodzi na śniadania do ‘naszej’ kawiarni… Niestety na zdjęciu udało się uwiecznić jedynie jego potylicę, z czego Andrzej i tak jest bardzo zadowolony, gdyż nie każdy może się poszczycić zdjęciem z potylicą Kim Dzong Ila.
.

Po tejże niezwykłej przygodzie wyruszyliśmy w podróż dalszą, której miejscem przeznaczenia był ‘Dataran Merdeka’ (‘Plac Niepodległości’). Plac ten – kiedyś boisko do krykieta – stał się miejscem, na którym Malezyjczycy przywitali pierwszy dzień niepodległości uzyskanej od Wielkiej Brytanii. W kwietniu 1957r. premier Tunku Abdul Rahman, otoczony tłumem rodaków, wraz z wybiciem północy wykrzyknął siedem razy ‘Merdeka!’. Flaga brytyjska została zdjęta, a na jej miejscu zawisła malezyjska. Nad placem góruje 95-metrowy – jeden z najwyższych na świecie – maszt flagowy. W bezpośrednim sądziedztwie Merdeki znajduje się także – zainspirowany meczetami indyjskiej architektury mongolskiej – budynek Sułtana Abdula Samada. Wybudowany w latach 1894 – 1897, mieścił w sobie oddziały administracji brytyjskiej, a obecnie zajmuje go ‘Ministerswto Niemal-Wszystkiego’ czyli Ministerstwo Informacji, Komunikacji i Kultury. Z doniosłości miejsca nie robią sobie jednakże nic lokalne koty i używają placu jako gigantycznej kuwety, czego osobiście byliśmy świadkami. Zapewne kot złoczyńca siedzi teraz gdzieś w mrocznej celi i kontempluje swój czyn chaniebny.

Dalsze kroki skierowaliśmy w stronę wspomnianych już wcześniej wież. Tym razem nieśmiało jeszcze, tylko z daleka i … spod spodu, ponieważ wieże znajdują się nad centrum handlowym ‘Suria’, do którego udaliśmy się w poszukiwaniu strawy. Tym razem trafiliśmy – jak na Malezję przystało – do restauracji… tajskiej, gdzie Andrzej zamówił… nie pamiętam co, gdyż zajęta byłam pałaszowaniem grillowanych w liściu pandan udek kurzych (ślinotok).

Następny dzień zaczęliśmy bardzo, bardzo, BARDZO wcześnie ponieważ już o 7:00 rano musieliśmy się wbić w kolejkę po bilety na zwiedzanie wież. Jak się okazało, nawet tak wczesna godzina nie była wystarczająco wczesna i ledwo udało nam się dostać bilety na dzień następny. Koniec końców misja niemal niemożliwa zakończyła się sukcesem, który postanowiliśmy uczcić buszując po interaktywnej wystawie przygotowującej do zwiedzania właściwego. W dość kosmicznie wyglądającym pokoju, skanując kod z biletów można było zobaczyć na trójwymiarowej projekcji, co się gdzie w wieżach znajduje, poznać ich historię itd., itp. Andrzej natomiast postanowił eksplorować dział bardziej stymulujący fizycznie i … grał w wirtualną piłkę nożną.

Totalnie zdezorientowani tym, że nie musieliśmy się nigdzie spieszyć, gnać i pędzić – co spowodowane było nienaturalnie wczesnym rozpoczęciem dnia (tak, powtarzam się, ale wydarzenie takie trzeba kredą w kominie, albo dziesięć tysięcy razy na blogu zapisać) – postanowiliśmy zszargane nerwy ukoić w czymś pomiędzy basenem publicznym, a fontanną miejską:/ Dziwny, lecz bardzo przydatny twór ten znajduje się ok. 500m od wież i bez znaczenia na porę dnia oblegany jest przez spragnioną chłodu gawiedź.

Na obiad udaliśmy się do najwyższej w Azji (i szóstej na świecie – 421m.) wieży telekomunikacyjnej, która obecnie oprócz swojej głównej funkcji pełni także rolę typowo turystyczną. U jej podnóża znajduje się Wioska Kulturalna, której centrum stanowi coś na kształt skansenu z chatkami typowymi dla tradycyjnej malajskiej architektury. Najbardziej charakterystycznym ich elementem jest to, że budowane były na wysokich palach. Taka struktura pozwalała chronić dom przed powodzią, utrzymując go nad poziomem wody, stanowiła ochronę przed zwierzętami, a dodatkowo pełniła funkcje ‘klimatyzacji’. Chatki te budowane były bez użycia gwoździ, a przy pomocy drewnianych kołków, które łączyły poszczególne elementy. Typowa chatka składała się z pomieszczenia głównego poświęconego pani domu – matce otaczającej opieką resztę rodziny – oraz części kuchennej, która dość szczelnie oddzielona była od reszty domostwa, co miało na celu ochronę przed potencjalnym pożarem. Ważnym elementem była weranda/ganek i prowadzęce do niego schody – wysokie, często pięknie zdobione. Na przedsionku tym, by chronić prywatność domowego ogniska, przyjmowano ‘dalszych’ gości, którzy jeszcze nie zdążyli zaliczyć się do grona najbliżych znajomych, przyjmowanych w domu. Na terenie wioski odbywają się różnego rodzaju imprezy kulturalne, targi, warsztaty.

Sama restauracja to jeden wielki punkt widokowy. Ponad 400m. nad ziemią, wielka przeszklona sala, której podłoga nieustannie obraca się, pozwalając podziwiać niesamowite widoki bez ruszania się od stołu🙂 Przeżycie jedyne w swoim rodzaju🙂

Po tak nietypowym obiadku wyruszyliśmy do położonych ok 13km na północ od KL Jaskiń Batu (‘Batu Caves’) – jednej z najbardziej znanych poza Indiami świątyń hinduskich. W skład wapiennego kompleksu wchodzi kilka pomniejszych jaskiń plus trzy główne. Największa i najbardziej znana to Jaskinia Katedralna (‘Cathedral Cave’), która charakteryzuje się wysokim naturalnym ‘otwartym sufitem’, wpuszczającym światło słoneczne. Wypełniona jest hinduskimi ołtarzami modlitewnymi. Cały kompleks poświęcony jest Bogu Murugan – panu śmierci i wojny. Swoim wyznawcom przynosi spokój i chroni ich przed demonami. Jego atrybutami są: łuk i włócznia, a świętym zwierzęciem i wierzchowcem – paw. Jaskinie są głównym miejscem obchodów święta Thaipusam – narodzin Murugana. Typowym widokiem charakteryzującym święto są procesje umartwiających się ochotników niosących ciężary Kavadi – reperezentujące brzemię losu ludzkiego. Uczestnicy modlą się do boga o pomoc w jego niesieniu.

Do jaskini głównej prowadzi 272 schodów, które OBLĘŻONE są makakami. Małpki kompletnie nic nie robią sobie z ludzkich intruzów, a raczą ich obdarzyć uwagą tylko i wyłącznie wtedy, gdy zobaczą w ich rękach jedzenie. Wszystko, co jadalne (oraz nie, ale jedzenie przypomina, albo po prostu budzi małpią ciekawość) zostaje natychmiast bez pardonu wydarte z rąk posiadacza – przeważnie bez jego zgody i wiedzy.

U podnóża schodów, turystów i wyznawców wita ponad 40 metrowy posąg Boga Murugana. Do wykonania posągu zużyto 1550 metrów sześciennych betonu, 250 ton stalowych prętów i 300 litrów złotej farby sprowadzonej z Tajlandii. Koszt całości – bagatela 24 miliony rupii (ok. 1 500 000 PLN).

Po powrocie, postanowiliśmy oddać się narodowemu sportowi Singapurczyków – zakupom. Jeszcze przed wyjazdem do KL nasłuchaliśmy się opowieści niesamowitych o tym jak wszytko jest ultra-tanie szczególnie w centrum handlowym ‘Pavilion’. Ochoczo w poszukiwanie hipermarketu wyruszyliśmy, po to tylko, by: 1. Zagubić się niezliczoną ilość razy, 2. Dowiedzieć się, że ceny wcale nie są takie niskie, a czasmi wręcz zawyżone, 3. Przypadkowo trafić do jednej z najlepszych ‘stekowni’ w jakich udało nam się stołować – ‘Morgan Field’s’. Przez ostatni ten punkt, wyprawę postanowiliśmy zaliczyć do udanych🙂

A dla zdrowotności, żeby spalić nagromadzone tłuszczysko, wybraliśmy się jeszcze rzucić nocnym okiem na wieże. O ile w dzień robią naprawdę duże wrażenie, o tyle ich widok po zmroku po prostu zapiera dech w piersiach. Oświetlone jasno-błękitnym światłem wręcz sterylnie odcinają się od ciemnego, mrocznego nieba. Dopiero nocą prawdziwie widać i czuć potęgę ‘dwóch wież’🙂

Natępnego dnia PONOWNIE!!! obudziliśmy się WCZEŚNIE RANO!!! Tym razem, by zobaczyć pałac królewski. Z mapą w ręku, z nawigacją w telefonie… pobłądziliśmy masakrycznie. Ale co tam! Przygoda! Znaleźliśmy mini-dżunglę w środku miasta, obszczekały nas miejscowe psy, przyprawiliśmy lokalnych mieszkańców o wielkie, zdziwione oczy, nakarmiliśmy mijane kozy… I wbrew wszelakim przeciwnościom losu TRAFILIŚMY NA MIEJSCE!!! Z tym, że kilka tygodni wcześniej… pałac przestał być oficjalną siedzibą króla, który właśnie niedawno przeniósł się do nowej siedziby… Ostatecznie pooglądaliśmy sobie BYŁY pałac przez siatkę płotu i udaliśmy się w drogę powrotną.

Aby uniknąć dalszego błądzenia, gubienia się i ogólnego odwodnienia, bo żar się zaczynał okrutny, do następnego punktu wycieczki – świątyni Thean Hou – postanowiliśmy udać się taksówką. W przytulnym, klimatyzowanym jej wnętrzu, zrelaksowani rzuciliśmy kierowcy miejsce przeznaczenia, na co on: ‘A tak, tak! Największa świątynia chińska w KL. Tak! Tak! Nie wiem gdzie to jest…’ Gdyby nie fakt, że byliśmy w obcym kraju i nie wypadało – rozpłakalibyśmy się. Ale zamiast tego: mapa w łapę, nawigacja w telefon i dawaj! ‘Wujku (singapursko-malajsko-chińskim zwyczajem do starszych panów zwraca się pieszczotliwie ‘uncle’ – wujku; do pań odpowiednio ‘auntie’ – cioteczko) jedziesz tu, tu i tu. Tu skręcasz i powinniśmy być na miejscu’ A wujek przeszczęśliwy, że się czegoś nowego uczy: ‘No tyle lat na taksówce i nie wiem gdzie to jest. Ale jak mi pokażecie to już będę wiedział! No tyle lat na taksówce! Patrz pan!’🙂 I przy akompaniamencie zdziwień, przemieszanych z radością dotarliśmy do świątyni, która tym razem nigdzie nie została przeniesiona i stała na swoim właściwym miejscu.

Sześcio-poziomowa świątynia rozciąga się na powierzchni 6760 metrów kwadratowych na wzgórzu ‘Robson Heights’. Wybudowana w 1989r. poświęcona jest bogini Tian Hou – bogini morza, patronce rybaków i marynarzy. Według jednej z legend, ojciec i czterech braci Tian Hou utknęli na morzu w czasie strasznego sztormu. Dziewczyna przeczuwając niebezpieczeństwo zaczęła się modlić. Wpadła w bardzo głęboki trans, a wystraszona matka, myśląc, że córka umiera zaczęła ją cucić. Dzięki modlitwie dziewczyna zdołała ocalić ojca i trzech swoich braci. Wyrwana z transu nie była w stanie uratować czwartego. W czasie każdego sztormu, ubrana w czerwone jaskrawe szaty, stała na nadmorskich skałach i wskazywała dorgę rybakom wracającym do wioski. Po jej śmierci rybacy, ludzie morza zacześli modlić się do niej, prosić o jej wstawiennictwo i dzięki ich modłom Tian Hou dołączyła do grona bogów.

Główna sala modlitewna świątyni mieści trzy ołtarze. Centralny poświęcony jest Tian Hou, ołtarz po lewej –  Shui Wei Sheng Niang – boginii morskiego nabrzeża; ołatarz po prawej – Guan Yin – bognii litości, miłosierdzia. Poza salą główną są jeszcze dwa posągi poświęcone tej ostatniej, oba przedstawiają ją otoczoną skałami i wodą.

Tian Hou ma swoją podobiznę umieszczoną również na zewnątrz świątyni. Jej posąg otacza dwanaście postaci Chińskiego zodiaku.

U podnóża świątyni znajdują się jeszcze Ogród Ziół Leczniczych, Studnia Życzeń oraz Żołwiowy Staw. Dodatkowo kilkanaście kur biegających radośnie pomiędzy wyżej wymienionymi.🙂

Po świątyni chińskiej przyszedł czas na świątynię muzułmańską. Masjid Negara (‘Meczet Narodowy’) został wybudowany w 1965 na miejscu kościoła którego włości przejęte zostały przez rząd Malezji, po ogłoszeniu niepodległości. Jego powierzchnia – łącznie z ogordami – to 53 000 metry kwadratowe. Sam budynek może pomieścić 15 000 ludzi. Dach meczetu ma symbolizować otwarty parasol, podczas, gdy dach 73-metrowego minaretu jest odzwierciedleniem parasola zamkniętego. Nie-wyznawcy mogą zwiedzać meczet tylko w określonych godzinach i w odpowiednim stroju. Dlatego też, pomimo, że wszystko, co ‘nieprzyzwoite’ czyli ramiona i kolana miałam zakryte, zostałam dodatkowo okutana w tradycyjny kobiecy strój muzułmański: długą, luźną tunikę oraz hidżab (nakrycie głowy, zakrywające uszy, szyję i włosy). Do meczetu wstęp tylko i wyłącznie na boso.

Wnętrze budynku, pełne fontan, stawików, i różnego rodzaju zbiorników wodnych, jest zupełnie otwarte. Jedyne pomieszczenie oddzielone ścianami to sala modlitewna, do której nikt poza wyznawcami nie ma wstępu, i do której bezpardonowo władował się Andrzej. Zamiast jednak świętej wojny, wywołał ogólną wesołość zgromadzonych🙂

Ogólna cisza, spokój, fantastyczne miejsce na relaks, chwilę odpoczynku przed ostatnim punktem wycieczki.

Na zakończenie pobytu w KL zostawiliśmy sobie najlepsze – czyli Wieże Petronas (Petronas to malezyjskie przedsiębiorstwo naftowe, należące do rządu). Do 2004 najwyższe budynki na świecie, do chwili obecnej najwyższe ‘bliźniacze’ budynki. Budowa niemal 452-metrowych kolosalnych biurowców zaczęła się 01.03.1993 . Punkt pierwszy – wykopanie 30-metrowych dziur na fundamenty. Każdej nocy z placu budowy odjeżdżało 500 ciężarówek wypełnionych wykopaną ziemią (być może później odsprzedaną później  Singapurowi na powiększenie terytorium ;)). Punkt drugi – wylanie fundamentów. Przez 54 godziny nieustannie, wylano 13 200 metrów sześciennych betonu. Konstrukcja ogólna została zakończona 01.04.1994. Dwa lata później zamontowano wieńczące wieże szpice (jeden złożony w Japonii, drugi w Koreii – każdy wysoki na 73.5m, każdy ważący ‘jedyne’ 176 ton) i ukończono prace wykończeniowe wnętrz. W 1997 ‘wprowadzili’ się pierwsi pracownicy Petronas, a oficalne otwarcie odbyło się 01.08.1999. Architektura tych 88-piętrowych budynków (zarówno ich podstawa jak i wykończenie) zaczerpnięta jest z kultury islamskiej i według islamskiego symbolizmu wieże zostały wybodowane na planie ośmioramiennej gwiazdy. 86. piętro oddane jest do dyspozycji turystów, którzy z tego niesamowitego punktu widokowego mogą podziwiać jeszcze bardziej niesamowity krajobraz. A żeby jeszcze bardziej rozpieścić zwiedzających, do ich dyspozycji oddany jest jeden z dwóch poziomów mostu łączącego wieże (drugi poziom jest tylko i wyłącznie dla pracowników).  Co ciekawe, zawieszony między 41. i 42. piętrem most nie jest połączony z główną konstrukcją wież i przy silnych wiatrach może się spomiędzy nich wysuwać. Długi na 58m., ważący 750 ton, unosi się 170m. nad ziemią.

A wieczorem znowu podziwialiśmy ‘zimny’ urok wież – tym razem z perspektywy baru w sąsiadującym z wieżami hotelu Traders. Sam bar też dość ciekawe zjawisko – w dzień basen, w nocy imprezownia… z basenem pośrodku🙂 Ale fajniusi tylko jednorazowo i przez chwilę😦 – okrutnie zatłoczony i  niesamowicie głośny😦

Z serii Ciocia i Wujek Dobra Rada:

– jeśli używać taksówek w KL, zanim się wsiądzie, wykłócać się o włączenie takso-metru. Inaczej spryciarze-taksówkarze żywcem oskubią z posiadanej kasy.

– najlepiej z miejsca na miejsce przenosić się ogólniedostępną, bardzo dobrze zorganizowaną, tanią komunikacją miejską (nawet do położonych za KL Batu Caves)

– jeść ile wlezie i gdzie tylko popadnie, bo wszystko i wszędzie jest absolutnie pyszne – począwszy od przenośnych stoisk na ulicach do restauracji w centrach handlowych

– obowiązkowo gdzieś się zgubić – najlepszy sposób na zwiedzanie… może nie do końca tego, co się chciało, ale i tak najlepszy🙂

.

Tradycyjnie już, na zakończenie – video:

To by było na tyle.

Pozdrawiamy i do następnego przeczytania

Ola i Andrzej🙂

2 thoughts on “WIELKANOC W KUALA LUMPUR

  1. Many thanks for composing “WIELKANOC W KUALA LUMPUR Wiadomości Singapurskie”.
    I actuallywill surely be back for alot more reading through and commenting in the near future.

    I am grateful, Skye

    • Thanks for very very nice words🙂 Currently we are working on posts about the SE Asia trip (Vietnam, Cambodia, Thailand) so you’re more than welcome to check back on these🙂 Again – thanks for a nice comment🙂
      Regards,
      Ola i Andrzej

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: