GARŚĆ RÓŻNOŚCI #2


Translate Polish to English

Witam!

KĄCIK ZAWODOWY

Uwaga! Chwalę się – mam pracę!🙂
Po dłuuugim, prawie trzymiesięcznym czekaniu wreszcie pracuję🙂 (Gratulacje, uściski rąk i koperty z wyrazami uznania proszę przysyłać na adres domowy;))

Zanim opuściliśmy irlandzkie pielesze, zalęgła mi się w głowie myśl, że pracę w Singapurze znajdę bez problemu. Pięcioletnie doświadczenie w dużej firmie telekomunikacyjnej powinno przecież wystarczyć do otrzymania… czegokolwiek. Otóż – nie! Moja pewność siebie, już po kilku tygodniach poszukiwań, dostała potężnego prawego sierpowego od rzeczywistości.

Singapur to kraj przepisów, papierków, dokumentów, pozwoleń, nakazów i zakazów. Żeby taki ekspat mógł dostać pracę, musi mieć na pracę pozwolenie (tzw. EP – Employment Pass). Żeby mieć pozwolenie, musi znaleźć pracodawcę, który się o takie pozwolenie dla przyszłego pracownika będzie ubiegał. Ale, po jakiego grzyba pracodawca ma się ubiegać o pozwolenie na pracę dla ekspata, skoro może zatrudnić na jego miejsce rodowitego Singapurczyka, bądź tzw. Stałego Rezydenta, którzy takich pozwoleń nie potrzebują (taki stan rzeczy bardzo się tutejszemu rządowi chwali – w ten sposób dbają o swoich obywateli i trzeba uczciwie przyznać, że tak powinno być… ale nie wtedy, kiedy JA MUSZĘ DOSTAĆ PRACĘ!!!! ;))
W każdym razie, po kilku kompletnie nieudanych próbach znalezienia czegoś na własną rękę, sfrustrowana niepowodzeniami zwróciłam się w kierunku tego, który do naszego przesiedlenia się przyczynił – do SAPa.

Okazało się, że jest otwarta pozycja w dziale Procurement (dział zajmuje się procesowaniem zamówień wewnętrznych, czyli np., kiedy taki pan Andrzej potrzebuje długopis – z bajerami, przełączaniem kolorów, gumką myszką i wodotryskami – w wewnętrznym systemie SAPa zamawia sobie takie cudeńko, a jego zamówienie trafia do takiej panny Aleksandry, która sprawdza, czy wszystko jest jak powinno być – załączone odpowiednie dokumenty, itd., itp.) Praca załatwiana przez agencję rekrutacyjną, co prawda tymczasowa – na 6 miesięcy – ale z możliwością przedłużenia umowy. Cała szczęśliwa zaaplikowałam, pomyślnie przeszłam przez rozmowę kwalifikacyjną i … pracy nie dostałam. Ministerstwo Pracy odrzuciło moje podanie o EP. Dlaczego? Wyjaśnień brak, ale jak się zdołaliśmy dowiedzieć ze źródeł pokątnych, powodów mogło być kilka:

1.      Zbyt niska płaca w ofercie – ekspat musi dostać ofertę powyżej pewnej określonej przez rząd kwoty
2.      CV nie odpowiadało ofercie – moje doświadczenie telekomunikacyjne, nijak się miało do nowej pozycji J
3.      Wyczerpana ilość pozwoleń – rocznie jest określona liczba EP, jaka może być przyznana przez ministerstwo

No i jeszcze pewnie milion innych czynników typu urzędnik zatwierdzający pokłócił się z żoną/mężem, zdechł mu pies bądź inna iguana.

Oczywiście był płacz, lament i zgrzytanie zębów. Ale potem wszystko się obróciło na lepsze, ponieważ pojawiła się nowa pozycja w tym samym dziale, tylko, że oferowana bezpośrednio przez SAP (bez udziału żadnych agencji), stała i za lepszą kasę J Tym razem wszystko poszło gładko i pięknie i od 14 grudnia pracuję sobie w SAPie… Na tym samym, co Andrzej piętrze J
Całe szczęście po przeciwnej stronie, inaczej nie wiem czy byśmy zatrudnienie w tej samej firmie przeżyli😉

Zajmuję się procesowaniem zamówień dla tzw. krajów III poziomu/stopnia, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „kraje najmniej wydające” (Korea, Filipiny, Indonezja, Tajlandia). A dodatkowo posadzili mnie na systemowej „gorącej linii” J, czyli taki pan Andrzej nie wie, jak zamówić długopis z bajerami, wtedy łapie za telefon i dzwoni do panny Aleksandry, która odsyła go do różnych mądrych poradników, radzących mądrze, co, jak i kiedy. Jak na razie „gorąca linia” jest raczej zimna – od początku stycznia miałam całe cztery telefony… w tym dwa od kobiety, która po prostu lubi sobie podzwonić J

Na razie jestem w tym, co robię po uszy zakochana. Mimo, że jest okrutny bałagan ze wszystkim („moje” kraje to systemowe świeżaki i jeszcze nie wszystko jest wdrożone tak, jak trzeba) kompletny brak stresu i nerwów. A to również dzięki najlepszym znajomym z drużyny, jacy mogli mi się trafić. J A najlepsi znajomi z drużyny wyglądają tak:

Od lewej: Madeline, Shin Ching, Claire, Aleks, Judy i „rodzynek” Alvin🙂

 

Wypad na obiadek v1

 

Wypad na obiadek v2🙂

Bardzo ciężka praca wygląda tak🙂

 

A do tego dochodzi jeszcze biuro SAPa – jego wystrój i czyhające w każdym kąciku, każdego piętra stylistyczne i gadżeciarskie cudeńka: mini-wodospad, mini-las tropikalny, drzemko-maszyna, masażer do stóp, Play Station i Wii. O huśtawkach, sofach, itp. nie wspominając.

Centrum biznesowe, w którym biuro się znajduje też niczego sobie – mnóstwo jadłodajni, restauracji, fast-foodów. A i miłe dla oka elementy się znajdą.

 

Jeden z miłych dla oka elementów🙂

No i miejsce relaksacyjno-wypoczynkowe: bardzo zachęcająco wyglądająca łączka np. Niestety jak się okazało pewnego piątkowego popołudnia – dobrze skonstruowana pułapka:/ Zaprasza swoim niewinnym wyglądem, a potem znienacka atakuje spryskiwaczami😉

Po-spryskiwaczowa mini-tęcza🙂

 

Suszenie🙂

A! I jeszcze sponsorowana przez firmę siłownia…

… z mega widokiem

No jak nie zakochać się w tym miejscu J

Ale, ale – na froncie Andrzeja również zmiany J Oczywiście, to, że go wszyscy kochają i nie mogą się bez niego obejść zostaje tak, jak było J. Doszły mu natomiast nowe obowiązki w postaci „bycia” Location Responsible, co tłumaczy się na reprezentowanie biura singapurskiego przed wszystkimi możliwymi gośćmi. Ostatnio np. w związku z podsumowaniem zeszłego roku, przybyli w nasze skromne progi szefowie wszystkich szefów – grube korporacyjne SAPowskie szychy. Na barkach Andrzeja spoczęła organizacja spotkań z pracownikami, konferencji, prezentacji i nieco mniej oficjalnych aktywności jak wypady do restauracji J Nie mogli się wprost nachwalić sprawnej i profesjonalnej organizacji. Podziękowaniom, tradycyjnym bukietom goździków i paczkom rajstop nie było końca J… mnie natomiast zastanawia jedno, – jakim cudem ta sama osoba może sprostać tak poważnemu zadaniu, jednocześnie nie będąc w stanie opanować walających się po pokoju skarpet?😉

Dodatkowo, jak na porządnego Location Responsible przystało, Andrzej przeszedł kurs pierwszej pomocy. Bardzo poważny. Trzydniowy. Zakończony egzaminem. Oczywiście zdał i teraz czuję się przy nim tak bezpiecznie, że aż! I to wcale nie szkodzi, że nie zapamiętał jednego małego szczególu, jakim jest… numer na pogotowie😉 Andrzej na kursie pierwszej pomocy wygląda tak:


 

 

 

PIERWSZA WIZYTA

W połowie grudnia mieliśmy przyjemność gościć pierwszych „wizytatorów” J Znajomi Andrzeja z Dublina – Laure i Chas – wyruszyli w podróż dookoła świata i jednym z ich przystanków byliśmy my J

Wizyta zaczęła się bardzo pozytywnie, od minięcia się w drzwiach – oni do mieszkania, my do pracy. A potem było już tylko lepiej. Wieczorem przygotowana przez gości pyszna lasagne i planowanie weekendowych „atrakcji”.
Piątek – Clark Quay – singapurska imprezownia, zdominowana zupełnie przez ekspatów: wszystko pod nich i dla nich. Mnóstwo restauracji, barów, klubów… prostytutek damskich, męskich i mieszanych, itd., itp, Jako, że akurat z wizytą w SAP był również były szef Andrzeja – Barry – poszliśmy wszyscy na kolację w trakcie, której weszliśmy w posiadanie zapasowej karty-klucza do pokoju Barry’ego. Ów cenny rekwizyt był niezbędny do dostania się na tzw. „niekończący się basen” w hotelu Marina Bay Sands – basen znajduje się na 57. piętrze i wchodzenie do niego przyprawia o atak paniki (aby zapoznać się dostawaniem ataku paniki patrz filmik poniżej). Reszta piątku upłynęła pod znakiem łażenia z baru do baru, czyli całkiem przyjemnie i zakończył się śniadaniem o 6tej rano w pobliskim McDonaldzie J

W sobotę „rano” wyprawiliśmy się na wspomniany wyżej basen – mimo, że lało jak z cebra L Zanim dotarliśmy na miejsce, nieco się wypogodziło… w sumie to w ogóle się nie wypogodziło tylko po prostu przestało na chwilę padać:/ W każdym razie taplaliśmy się i tak J A tak wygląda taplanie:

 

 

 

Niestety nie obyło się bez basenowego wypadku😦

Bojka😉😉😉

 

A sam Marina Bay Sands Hotel wygląda tak:

 

Sobota wieczór – kolacja świętująco-spotykającastarychznajomych. Świętująca część, to z powodu nówka
funka pracy J, część druga – mówi sama za siebie J Okazało się, że w Singapurze przebywa jeszcze jeden znajomy „starych” SAPowców – Bruno Polach, który jest – jak nazwisko wskazuje – Czechem. Poszliśmy, więc całą gromadką na kolację do zagłębia restauracyjno-jadłodjaniowego na Boat Quay (siostra prawie bliźniaczka Clark Quay). Super miejscówka – położona nad samą rzeką, skąd – konsumując – można podziwiać pięknie oświetlony drugi brzeg oraz podbiegające raz po raz do stolika… szczury. Niestety nie dostałam pozwolenia na zabranie jednego z nich do domu L

 

 

Po kolacji zrobiliśmy sobie usprawniający trawienie spacer do Marina Bay Sands, gdzie wbiliśmy się do mega-zatłoczonego baru, znajdującego się również na 57. piętrze (… hmmm, wygląda na to, że MBS składa się tylko z 57. piętra…), skąd roztacza się zapierający dech widok na cudnie oświetlony Singapur.

 

 

 

 

 

Niedziela – dla odmiany znowu lało. Na wieczór mieliśmy zaplanowane „Nocne Safari” w Zoo, ale niestety, ponieważ pogoda okazała się totalną świnią, musieliśmy z niego zrezygnować L W zamian wybraliśmy się do kina podziwiać wygibasy Toma Cruise’a (imponujące zresztą) w najnowszej „Mission: Impossible – Ghost Protocol” J

No i to by było na tyle.
Pozdrawiamy i do następnego przeczytania
Ola i Andrzej J

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: