Garść Różności


Translate Polish to English

Witamy ponownie!

Wielkimi krokami nadchodzi dzień, na który czekaliśmy już co najmniej od trzech tygodni – w piątek przeprowadzamy się do „własnego” wynajętego mieszkania🙂
Po licznych przejściach przy poszukiwaniu czegoś, w miarę obszernego (co by pomieściło Andrzeja buty ;)), za rozsądną cenę i bez pałętających się po różnych częściach lokum żyjątek, udało nam się znaleźć mieszkanie dwupokojowe z salono-kuchnią i dwoma łazienkami – trzecie piętro. A do tego zaledwie dwie minuty od metra. Ostatnie kryterium może się wydawać folgowaniem niebotycznemu lenistwu, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Tak naprawdę to kwestia ważna i waszka. Po kilkuminutowym spacerze na stację bowiem, jest się już tak upoconym, że trzeba wracać pod prysznic.
Mieszkanie znajduje się w wieżowcu przeznaczonym do publicznego oddania w 2012 roku. Jendak panowie budowniczy tak się spięli, że wyrobili 1000% normy i ukończyli budowę zaledwie kilka tygodni temu. Jak się okazało nasze mieszanie, zostało oddane do użytku jako jedno z pierwszych, a zaliczkę wpłaciliśmy tego samego dnia, w którym właściciele odebrali klucze. Nówka funka, nie śmigana😉

Tutejsze zasady wynajmu są takie, że… Andrzej osiwiał. Na początek musieliśmy wpłacić zaliczkę na „zaklepanie” mieszkania. Powinna być równowartość miesięcznego czynszu, ale jako, że nie mieliśmy tyle na koncie (konto utworzone tego samego dnia rano), właściciele zadowolili się… nawet nie połową tego, co powinno być. Podpisaliśmy potwierdzenie wpłaty i… dostali je właściciele mieszkania. My natomiast odeszliśmy z zaciśnietym w garści życiodajnym tlenem. W tym samym momencie Andrzej zaczął lamentować (w sumie słusznie), że na pewno nas wycyckają i zostaniemy i bez mieszkania i bez kasy. Potem było już tylko gorzej😉 Resztę kasy – brakującą część zaliczki plus depozyt o równowartości dwóch czynszów (jako, że umowa podpisana na dwa lata) – wpłaciliśmy na konto i Andrzej postanowił wypisać czek z datą odebrania przez nas kluczy, ale nie zgodziła się agentka nieruchomości, mówiąc, że tutaj się tak nie robi… Chcąc, a w sumie bardziej nie chcąc trzeba było wypisać wszystko z datą podpisania umowy (28.10). No i dopiero teraz Andrzej zaczął siwieć na całego: nie mamy kluczy, a na dodatek wydoili nas ze znacznej części kasy. Andrzej, aby sobie „ulżyć”, ułożył zmyślną historię o gangu nagabywaczy skaładającym się z dwojga staruszków (właściciele mieszkania) i podstawionych agentów, którzy pod pozorem wynajmu mieszkań ekspatom oblupiają ich z czego tylko i śmieją się po singapursku za ich plecami. Jego paranoidalnych wizji nie ukoił fakt, że mieliśmy umowę, że właściciele zaczęli wyposażać mieszkanie (częściowo – o tym nieco później), że wszystko działo się za pośrednictwem dwóch agencji nieruchomości (naszej i właścicieli mieszkania). Natomiast fakt, że część naszych rzeczy z Dublina już dostarczyli właśnie do nowego mieszkania wprawił go w jeszcze gorszy nastrój: „Nie dość, że nie będziemy mieli gdzie mieszkać, nie mamy kasy, to jeszcze ukradną nam nasze rzeczy”. I w tym oto optymistycznym nastroju ruszyliśmy szukać mebli do naszego „przekrętowego” mieszkania.
A kupić musimy niemal wszsytko:/ Poczynając od łóżka, materaca, pościeli na kanapie i krzesłach kończąc. Mieszkanie jest tylko częściowo wyposażone, co oznacza, że są w nim tylko lodówka i pralko-suszarka. Plus stół – okaz ciekawy, bo przybudowny do lady kuchennej. Cudwonym zbiegiem okoliczności jednak trafiliśmy do sklepu, który akurat miał wyprzedaż na to, czego potrzebujemy. I teraz zamiast zapłacić górę pieniędzy, zapłacimy tylko pagórek. Co i tak sprowadza nas do żywienia się workiem ryżu przez najbliższy miesiąc😉

Skromne posiłki będziemy mogli sobie jednak umilić spożywaniem ich przy basenie lub w jackuzzi, bądź przyrządzając je na grillu – takie bowiem „atrakcje” mieszczą się w naszym wieżowcu (plus jeszcze maleńka siłowienka). Z tym, że nie wiem jak się do tego wszystkiego dopchamy w momencie, kiedy wprowadzi się reszta miekszańców:/ No cóż, będziem korzystać póki się da😉

Jeśli o okolicę chodzi to jest to bardzo poręczny miks Singapuru starego: oddalone o kilkuminutowy spacer bloki HDB (mieszkania wybudowane dla społeczności przez rząd) i nowego: osiedle kondominiów typowo ekspatowskich. Poręczność tego zestawienia sprowadza się do cen przystosowanych do mieszkańców lokalych (HDB) czyli totalnej taniochy. Do tego pod samym noskiem mamy skupisko sklepowo-usługowe. I ponownie – typowo lokalne: z pysznymi świeżymi owocami, piekarnią, cukiernią, foodhallem (skupisko małych stoisk z jedzeniem – przepysznym za żadne pieniądze), chyba ze czterema różnymi fryzjerami i jeszcze się nawet sklep meblowy znalazł… ten akurat dorgi:/

Jeśli nie spełni się Andrzeja mrożąca krew w żyłach historia gangu mieszkaniowego, to może nam się całkiem sympatycznie tam mieszkać🙂

A poniżej nieco fotek:

Salonik

Kuchnia (połączona z salonikiem)

Sypialnia większa (z racji tego, że nie posiadamy zdjęcia naszej sypialni większej „pożyczyliśmy” widok z mieszkania na 16. piętrze :))

Łazienka „moja”😉 przy sypialni większej

I coś czego kompletnie nie mogę zrozumieć… przewysokachna szafa (obie sypialnie takie posiadają). Singapurczycy to naród niewysoki – jak bardzo, może zobarazować fakt, że większość z nich jest MOJEGO wzrostu. Jakim cudem więc instalują sobie w domu coś, do czego nijak się nie można dostać?!?!? Że dużo półek? Świetnie! Tylko co z tego, skoro nie można do nich sięgnąć:/

Sypialnia mniejsza

Łazienka Andrzeja😀

I coś do czego może uda nam się dopchać raz na jakiś czas…

Jacuzzi

Na własne życzenie postanowiliśmy się potorturować czymś, czego w chwili obecnej mieć nie możemy i poprosiliśmy pana agenta, żeby nam pokazał trzypokojowe miekszanie na przedostatnim (szesnastym) piętrze. Stąd kilka bonusowych rzutów na okoliczne widoki🙂

Mieszkaniowo, to by było na tyle. A jeśli któs chciałby nam wysłać kartkę świąteczną/urodzinową/z wakacji adres poniżej🙂

Apt 03-05
28 Woodsville Close
357776 Singapore

Kącik sportowca
Przylecieliśmy w sobotę, a niecały tydzień później Andrzej już śmigał w między-odziałowych rozgrywkach SAPa w piłkę nożną🙂 I do tego jeszcze jego drużyna zdobyła zaszczytne III miejsce – poniżej trofeum🙂 Współzawdonicy niemal się do stóp Panu Wisiniewskiemu rzucali w podzięce za:
a) wyjście z grupy,
b) zajęcie miejsca na podium
c) 11 bramek prowadzących do dwóch powyższych punktów🙂

Kącik zoologiczny:
Na własne osobiste oczy widziałam to:

Siedział sobie na drzewie w ogrodzie sąsiedniego hotelu i wcinał jakieś jarzębinopodobne kulki. A z tego, co wyszukałam zwie się Dzioborożec Malajski.

Tego natomiast jest pełno wszędzie. Rozjazgotane na maxa! Ale za to pięknie rozjazgotane🙂
Nazywa się Javan Myna i jest jakimś rodzajem Gwarka – czyli nic dziwnego, że ćwierkoli jak najęty🙂

Do tego jeszcze jest ten pan (chyba pan :/), który sobie co wieczór w przyhotelowym basenie stopy moczy:

The Lesser Asiatic Yellow House Bat – w wolnym tłumaczeniu Mniejszy Azjatycki Nietoperz Zółty


No i tym razem to by było na tyle🙂


Pozdrawiamy i do następnego przeczytania
Ola i Andrzej🙂

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: