Pierwszy tydzień


Translate Polish to English

Hej!🙂
Jako, że pierwszy tydzień przesiedlenia minął – czas najwyższy na jakąś aktywację/aktualizację obiecanego bloga🙂
Co prawda zdjęć dopiero kilka, bo do tej pory pobyt upływa nam pod znakiem pracy (Andrzej) lub pracy szukania (Ola) i nigdzie sie nie ruszamy, ale tych kilka dostępnych zamieszczam co byście sobie nasze twarzyczki przypomnieli😉
LOT
Pierwszy etap rozpoczął się Aerlingusem. O godzinie 05:30, dzięki podwózce znajomych, znaleźliśmy sie na Dublińskim lotnisku z gigantycznym nadbagażem (ok 15-20kg). Całe szczęście pani na odprawie bagażowej ulitowała się nad nami na tyle, że dopłatę za dodatkowe kilogramy policzyła po stawce zaniżonej🙂 Odprawa osobista poszła gładko i przyjemnie i po wszystkim mieliśmy jeszcze czas na ostatnie Irlandzkie Śniadanie – tłuste, ciężkostrawne i pyszne🙂
W oczekiwaniu na samolot do Londynu
Po ok 1,5 godziny lotu znaleźliśmy się w Londynie. Ponieważ nie udało nam się załatwić lotu łączonego, musieliśmy tachać nasze gigant-bagaże do następnej odprawy (w sumie to Andrzej tachał… a właściwie wiózł na wózku… właściwie to nie było tak najgorzej i nie wiem czemu narzekam ;)). Tutaj również zostaliśmy mile zaskoczeni przez SIA (Singapurskie Linie Lotnicze) ponieważ pani – pod wpływem widoku naszych umordowanych, zdezorientowanych twarzy zapwene – w ogóle nie policzyła nam nadbagażu i dodatkowo bardzo urzędowym tonem poleciła nam niczym się nie przejmować. Poradę wzięliśmy sobie bardzo do serca i poszliśmy… na piwo🙂
Tak skutecznie orzeźwieni😉 stawiliśmy się przed bramką. Andrzej przez całą drogę (czyli jakieś 5 min.) straszył mnie, że w życiu nie widziałam większego samolotu i że Aerlingus czy Ryanair w porównaniu z nim wygląda jak „Maluch”. Niestety nie mogłam niczego porównać, bo oprócz tych dwupiętrowych potworów nic na płycie lotniska nie stało. Ale i bez skali porównawczej robiły wrażenie.
Po szybkim i sprawnym „załadowaniu” się do kabiny, przystąpiliśmy do szperania po wszystkim, po czym się dało. Najpierw rozpakowywanie/wypróbowywanie dostarczonych kocyków i poduszek; potem buszowanie po okolicach, czyli toaletach😉 Na koniec, już po starcie, pozostały nam tylko telewizory i przegląd dostępnych filmów/gier/itp.
Lot trwał 12 godzin – kompletnie tego nie odczuliśmy. Przerywany drzemkami, oglądaniem wszystkiego, co było dostępne, pracą (to Andrzej oczywiście :)) i posiłkami – minął bardzo szybko i bezproblemowo.
Ok 07:15 wylądowaliśmy w Singapurze🙂
Pierwsze co nas przywitało to reklama Andrzeja firmy – SAP, oraz… masażer do stóp. UWAGA!!! Osoby posiadające łaskotki podstopowe powinny to urządzenie omijać szerokim łukiem!!!
Firmowe powitanie😉
Urządzenie do łaskotania
A potem już tylko pozostało nam się wydostać z lotniska…
… i dostać się do hotelu (w którym miesięczny pobyt nam uprzejmie zasponsorował SAP :))
Jak się okazało hotel postanowił nas rozpieszczać jak się tylko da i przysłał po nas pana kierowcę🙂
Po wyjściu z budynku lotniska napotkaliśmy tylko jeden mały problem – nie dało się oddychać. Wysoka temperatura połączona z jeszcze wyższą wilgotnością powietrza zamieniła O2 w zawiesinę, która nijak nie chciała przejść do płuc. Życia uratowała nam klimatyzacja w samochodzie.
HOTEL
Po ok. 30 min jazdy zostaliśmy dostarczeni do miejsca przeznaczenia:
Darby Park Executive Suites
12 Orange Grove Road,
Singapore 258353
http://www.simehospitality.com/darbyparksg.html
Kilka minut formalności i mogliśmy się wreszcie zapoznać z miejscem naszego miesięcznego pobytu.
Jak zostaliśmy poinformowani hotel posiada również siłownię. Jak się przekonaliśmy na własne oczy posiada: dwa rowerki, niedziałającą bieżnię, dwie ławeczki i hantle, z których najcięższe ważą 7kg🙂 Całość uzupełnia śniadanko podawane od poniedziałku do piątku w bardzo dogodnych (dla pracujących)/tragicznie wczesnych (dla niepracujących) godzinach: 06-09:00. Dodatkowo położony jest w odległości kilkuminutowego spacerku od najbardziej zakupowej i turystycznej dzielnicy – Orchard.
PIERWSZE DNI
Sobota i niedziela upłynęły pod znakiem wysypiania się. Mieliśmy ambitny plan „funkcjonowania razem ze słońcem” w celu uniknięcia „jet lag”, ale nie wyszło:/ Zaraz po wejściu do pokoju klapnęliśmy jak dętki i wstaliśmy akurat o porze kolacyjnej🙂
Z pewną taką nieśmiałością😉 wychodziliśmy na zewnątrz, nieco przerażeni doświadczeniem z zaburzeniami oddechowymi na lotnisku, ale jak się okazło przystosowanie do nowych warunków zajęło dosłownie chwilę.
Kolacja – oczywiście koniecznie coś lokalnego. Z tym, że znaleźć coś lokalnego w regionie typowo turystycznym graniczyło z cudem. Same pizza-pasta, caffe italiano i Gabrysie🙂 (na każdym rogu Subway ;)) plus – a żeby nam się tak bardzo nie tęskniło – dwa irlandzkie puby🙂 W końcu dobrnęliśmy do japońskiej restauracji – Sun with Moon.
Kompletnie nie pamiętam co zamówiliśmy, ale było pyszne🙂
Niedziela rozpoczęła się i skończyła podobnie – pobudka ok 16:00 i poszukiwania regionalej kuchni. Tym razem trafiliśmy do indyjskiej restauracji wegetariańskiej – ciekawe i smaczne doświadczenie🙂
Po kolacji Andrzej postanowił zbadać trasę dojazdu do pracy – w sumie jej część. Zajęło nam to jedyne kilka godzin i do hotelu mogliśmy wrócić „już” ok. 00:30. Wyprawa zakończyła się owocnie: Andrzej w poniedziałek się nie zgubił a ja zyskałam dwa nowiusieńkie odciski🙂
RESZTA
Reszta już jest całkiem prozaiczna i rutynowa. Andrzej codziennie do pracy, a ja do pracy szukania. Jeśli o niego chodzi to spotkał się z bardzo sympatycznym i miłym przyjęciem (pewnie miało to coś wspólnego z ilością słodyczy przywiezionych na wkupne ;)). Jest już po pierwszych powitalno-zapoznawczych lunchach i generalnie jest zadowolony. Wykończony, ale zadowolony :) No bo jak można nie być zadowolonym z pracy w firmie, która ma BUJAWKI!!!😀
Firmowa bujawka🙂
A jeśli o mnie chodzi, to cały czas szukam. Na razie, jak to na początku, idzie powoli. Ale jako, że to dopiero pierwszy tydzień i zaledwie 4 dni aktywnego szukania, na razie się nie załamuję i próbuję dalej.
KOŃCÓWECZKA
Kilka luźnych uwag.
Pogoda: bardziej duszno niż gorąco. Dni słonecznych i deszczowych mniej więcej pół na pół. Pierwsza ulewa i burza (strrrrraszna:/ ale zjawiskowa!) za nami.
Początki poszukiwania mieszkania: została nam polecona bardzo miła pani agentka nieruchomości, która wczoraj pokazała nam pierwsze mieszkania. Z racj tego, że mieszkania są bardzo drogie chcieliśmy pójść w opcję „na chudy budżet”. Przeewaluowaliśmy ją. Najtańsze mieszkania tzw. HDB (rządowe) są co prawda przestronne, ale stan ich jest dość masakryczny. I naprawdę pomijam już biegające po kuchni jaszczurki… W poniedziałek zaczynam oglądać tzw. condominia.
Wzrost: jestem wysoka!😀
No i to by było na tyle
Pozrawiamy i do następnego przeczytania wkrótce🙂

5 thoughts on “Pierwszy tydzień

  1. W starym kraju natomiast skończyła się właśnie piękna i złota polska jesień, zaczyna być zimno i siąpić deszcz;) Pozdrawiamy z głębokiej wsi, ściskamy kciuki i czekamy na dalsze wieści! Deina/Bocian

Napisz coś...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: